Vsmart Extensions
O wyprawie

 

Dlaczego jednak Everest?

 

Pewnie niektórzy z moich znajomych pamiętają, jak mówiłam, że nie mam ambicji wspinania się na Everest, bo nie jeżdżę w góry dla sławy, chwały, bicia rekordów, tylko dla siebie i możliwości obcowania z górami. I że jest tyle gór niższych, ale ładniejszych, ciekawszych, trudniejszych, no i mniej komercyjnych…

 

Jedna z moich ulubionych gór - himalajski Ama Dablam.Nie zmieniłam zdania – moim marzeniem jest na przykład przepiękny Ama Dablam, który mija się w drodze do nepalskiej bazy pod Everestem. Góra sięgająca „tylko” 6812 m n.p.m., ale mająca w sobie to „coś”, co od lat mnie fascynuje i ku niej ciągnie (na zdjęciu obok).

 

No dobrze, ale dlaczego jednak Everest? Właściwie trochę przez… przypadek! ?. Jesienią 2012 roku mieliśmy w kilka osób zdobywać Cho Oyu – szóstą górę świata (8201 m). Dwa tygodnie przed wylotem wyprawa została anulowana. Powód? Chiny zamknęły Tybet, a wejście na Cho Oyu miało być od strony tybetańskiej.

Zostało mi uczucie zawodu, bilet lotniczy, którego nie można oddać, ale można przełożyć w ciągu roku na inny termin, wytrenowana kondycja (bo już na wiele tygodni przed Cho Oyu biegałam i ćwiczyłam) i trochę zgromadzonych pieniędzy (Cho Oyu jest cztery razy tańsze niż Everest). Do tego dochodziły pytania różnych osób: no i co, nie zdobywasz ośmiotysięcznika?

 

W Himalajach. To akurat nie Everest, tylko wspinanie na 6-tysięcznik Lobuche East.Kto mnie zna, wie, że jeśli już się za coś poważnie zabieram, nie rezygnuję tak łatwo. Decyzja była szybka – skoro nie Cho Oyu to pozostaje właściwie tylko Everest. Z różnych powodów. Bilet na samolot do Katmandu miałam, z pieniędzmi postanowiłam stanąć na głowie i jakoś je zdobyć (między jesienią a wiosną, kiedy jest pora na Everest, jest w końcu trochę czasu)… Dochodziła świadomość, że młodsza przecież nie będę, zniszczone górami i nartami nogi zdaniem ortopedy wykazują „zmiany zwyrodnieniowe”, trzeba więc kuć żelazo póki gorące i nie czekać z pewnymi pomysłami. Za Everestem przemawiało to, że wyszło na to, że mam jechać sama, a jest to góra na którą trochę ludzi wchodzi, łatwiej więc o zebranie ekipy na miejscu, ewentualnie w razie konieczności – samodzielne wejście. Poza tym w 2013 roku przypada 60 rocznica pierwszego wejścia na Everest, a każda rocznica to mimo wszystko tez i powód jej uczczenia. Poza tym – Everest to Everest – nie zależy mi niby na zaspokajaniu własnego ego, ale kłamałabym gdybym zaprzeczała, że po tylu latach chodzenia i wspinania się w różnych górach świata nie pociąga mnie najwyższy na naszej planecie szczyt.

 

Żeby coś opisać, trzeba to przeżyć. Tutaj akurat obóz przed atakiem szczytowym na Mt Blanc.I jeszcze jeden ważny powód – KSIĄŻKA! Po trzech książkach żeglarskich, postanowiłam dla odmiany przerzucić się na góry. Pomysł napisania o Evereście przyszedł mi do głowy kilka lat temu, po przeczytaniu książki J. Krakauera „Wszystko za Everest”. Byłam kilka razy na szlaku do bazy pod Everestem (prowadziłam trekingi w charakterze przewodnika), no i postanowiłam napisać jak się ten rejon Himalajów zmienia, jakich ludzi się tam spotyka – mowa zarówno o turystach, wspinaczach, ale też, a może przede wszystkim o lokalesach. Nie chcę aby była to książka w stylu „jestem dzielna, bo wspinam się na Everest”- takich książek napisano mnóstwo. Owszem, będzie o wspinaczce, ale bohaterką ma być Everest i cała jego otoczka. O Evereście mówi się na zasadzie czarne-białe – jedni go gloryfikują, podkreślają jaki to wyczyn i Bóg wie co (to na ogół wersja tych co tam weszli, albo nie weszli, choć próbowali), inni twierdzą że to przecież góra na którą da się wejść w kapciach, typowa komercha, dostępna dla każdego kto ma pieniądze (to z kolei wersja tych, którzy tam nigdy nie byli i pewnie nie będą, bo wolą spędzać czas przed telewizorem). Moim zadaniem będzie przedstawić obiektywną prawdę o Evereście, pokazać fakty, obalić mity. Tylko że mogę to zrobić jedynie pod warunkiem, że jestem tam, na miejscu, sama uczestniczę w akcji górskiej, sprawdzaam wszystko na sobie, bo jeśli samemu się czegoś nie przeżyje, to się tego nie zrozumie.

 

Zanim jednak powstanie książka, zapraszam na wyprawowego bloga!