Vsmart Extensions

Akcja kartka


Chcesz himalajską kartkę wysłaną z Katmandu?
Ze specjalną dedykacją, ze specjalnym stemplem!

Po szczegóły kliknij tutaj

 

 

W zbieraniu funduszy
wsparcie zapewnia:

Opieka informatyczna

Blog
W bazie, akcja górska, powrót w doliny

Blog pisany na ultrabooku Samsung Smart PC NP540U3C


Pisanie bloga na wysokości 5700 m.

 

UWAGA WSZYSCY KTÓRZY ZAMÓWILI KARTKI
-zajrzyjcie tutaj

 

Chcesz zobaczyć trochę zdjęć (większych niż na blogu) - kliknij tutaj.

Uwaga! GALERIA Z ATAKU SZCZYTOWEGO - tutaj

(pytającym co to za człowiek leży na śniegu na jednym ze zdjęć wyjaśniam - to niestety jeden ze wspinaczy który zmarł z braku tlenu dzień  przed naszym atakiem)*

* Ponieważ dostałam maila z pytaniem „co mną kieruje, zamieszczając takie zdjęcia jak to, ze zmarłym wspinaczem” (w podtekście zarzut braku szacunku do zmarłych i ich rodzin) już wyjaśniam… Nie było moją intencją obrażanie kogokolwiek. Wydaje mi się że szacunek do innych osób, czy żywych, czy zmarłych – mam (a przynajmniej staram się mieć, bo przecież są różne sytuacje). W tym przypadku jednak chodzi o pokazanie prawdy o Evereście, a przecież Everest to nie tylko ładne widoki i uśmiechnięte twarze szczęśliwych zdobywców. To także wpisana w tę Górę śmierć, która tam spotkać może każdego i każdy musi się z tym liczyć, a przez to staje się „normalna” (wiem, dziwnie to brzmi), do tego stopnia, że mam wrażenie, że ludzie na nią obojętnieją. Zamieszczone zdjęcie i tak jest "łagodne" w stosunku do wyglądu innych ciał (nie pokazuję twarzy zmarłego) - inne ciała (od razu mówię - nie mam zdjęć) są dużo bardziej drastyczne.
Na blogu pisałam, że dla mnie to akurat dziwne i niezrozumiałe, że tuż przy szlaku leżą zwłoki, że idąc po nocy niemal się po nich depcze, że nikt ich nie ściąga… Te ciała, które są tam już dłużej (rozumiem że rodziny tych zmarłych się z tym pogodziły), traktowane są jako znak orientacyjny, czasem nawet się z nich żartuje (nie ja, mowa o innych). Wiem, trudno się z tym pogodzić, ale to trochę specyfika dużych wysokości. Obiecuję rozwinąć ten wątek w książce…

 

A właśnie… Pod koniec tego roku/na początku przyszłego nakładem wydawnictwa „Bezdroża” ukaże się moja książka o Evereście ( poprawiony i mocno poszerzony blog, uzupełniony o różne inne himalajskie ciekawostki). Jeśli któreś z wątków poruszonych w blogu Was szczególnie zainteresowały i chcielibyście więcej informacji na dany temat – dajcie znać.

 

 

Wyprawa się skończyła, a więc nowych wpisów na tym blogu nie będzie (chyba że jakieś uzupełnienia, poprawki, dorzucone zdjęcia).

Tych których interesuje co u mnie, zapraszam na bloga "normalnego" na mojej głównej stronie www.monikawitkowska.pl, podczas gdy wspomniany blog znajdziecie po kliknięciu tutaj.

 

 

9 czerwca
Warszawa
Szop pracz to mało

Zupełnie jak w piosence: "to już jest koniec...". Z samego rana dotarłam do domu zjadając na dzień dobry całą miskę sałatki przygotowanej przez mojego męża (wiedział jak tęsknię za świerzymi warzywami i owocami). Domowa waga wskazała że zrzuciłam na wyprawie 8 kg, co mnie nawet ucieszyło, ale chyba szybko to nadrobię (poza sałatką Paweł zrobił jeszcze pyszny tort z obrazowym wykończeniem w formie miniaturowego Everestu i słodkim ice-fallem, a z kolei mój tata wykazał się kulinarnie w ramach wielodaniowego obiadu). Właściwie cały dzień minął mi albo na jedzeni, albo na praniu, bo poza tym że wszystko jest brudne, to wciąż śmierdzi błotem i jakami.

To już koniec wyprawy - teraz pracuję nad książką. Zapraszam jednak do zaglądania na tego bloga - w najbliższym czasie uzupełnię obiecany opis ataku szczytowego, napiszę o testowanym sprzęcie, dorzucę też trochę everestowych ciekawostek i dokleję zdjęcia. Czyli - blog będzie działał nadal!.

 

8 czerwcaę, 65 dzień wyprawy
Katmandu, wylot do kraju
Podziękowania i rozrusznik (serca)


Zaraz odlatuję z Nepalu – nocka w samolotach, dwóch, z przesiadką w Doha (stolica Kataru) i rano będę w Polsce. [O, właśnie przebiegła mysz – przez środek poczekalni międzynarodowego lotniska w Katmandu!]. Opis ataku szczytowego uzupełnię już w domu, bo tu ciągle brakowało czasu na przepisywanie odręcznych notatek.


Skoro to już koniec, czas na podziękowania. Lista jest długa, bo dużo osób mi pomogło, dużo ludzi mnie wspierało i dużo ludzi dzięki tej wyprawie poznałam.

*  Przede wszystkim dziękuję swojemu Tacie oraz Pawłowi (długoletni mąż  :-) ), za to że choć pewnie woleliby, żebym nie wyjeżdżała na takie wyprawy, dzielnie je znoszą i zawsze wspierają mnie duchowo.

Sponsorom i darczyńcom (także z akcji „Karkta”), bez których  pewnie i tak bym na wyprawę pojechała (sprzedałabym samochód, zadłużyłabym się do końca życia etc.), ale wiadomo - dzięki pomocy można było wszystko lepiej dopiąć i zmniejszyć ryzyko.


- Całej naszej międzynarodowej ekipie, z którą spędziłam te ileś tygodni w górach (tu szczególne pozdrowienia dla Wioletty). Chciałabym podziękować też Danowi, jako liderowi, no i naszym Szerpom, ale oni raczej tego nie przeczytają…

- Tym, których spotkałam w bazie, na szlaku, w Katmandu i gdziekolwiek indziej, a zwłaszcza naszym rodakom, których towarzystwo było dla mnie zawsze zastrzykiem dobrej energii i szansą na upragnione pogadanie w ojczystym języku

- Wszystkim którzy czytaliście tego bloga albo wpisy na Facebooku - mailowaliście, smsowaliście, albo odwrotnie - niczego nie czytaliście, nie pisaliście, ale trzymaliście za mnie kciuki, modlilście sięi się i dobrze mi życzyliście.

Aaa, i jeszcze szczególne podziękowania dla dwójki młodych, wspaniałych kardiologów – Moniki Hejne i Roberta Ryczka, którzy wydali ryzykowną dla nich, dla mnie zaś decydującą o wyprawie opinię, że rozrusznik serca zalecony przez ich innych kolegów nie jest mi jeszcze niezbędny (taką diagnozę dostałam 3 lata wcześniej, ale wypisałam się ze szpitala z rozrusznika rezygnując). Bałam się dziękować Monice i Robertowi wcześniej, bo wiadomo, różnie mogło być, ale teraz już wiem, że to specjaliści jakich mało. Aaa, - Robert sam chodzi po górach, tym bardziej mnie więc rozumie…


7 czerwca, 64 dzień wyprawy
Katmandu
Hasz, marycha i akcja „kartka”


Pamiętacie reklamę ze świstakiem co zawijał sreberka? No to ja dzisiaj podobnie - niczym w transie wypisywałam zamówione przez niektórych z Was pocztówki. Pisałam i pisałam, a muszę powiedzieć, że miałam przy tym sporo frajdy, bo to przecież miłe, że człowiek ma wokoło tyle życzliwych dusz. Gorzej ze stemplem wyprawowym. To że jestem wymazana tuszem totalnie cała (nawet na stopach i czole mam czarne plamy), to już pal sześć, ale na żadnej z pocztówek wniesiony na szczyt Everestu stempel nie odbił się jak trzeba, za co z góry przepraszam.

No ale że cały dzień pisać i stemplować nie da rady, około południa razem z kolegą Markiem (mieszka 100 m dalej) poszliśmy coś tam zjeść. Właściwie to nie coś tam, tylko pyszne pierożki momo. Rano, w ramach śniadania wsuwam zwykle jakieś dorodne mango, tak więc około południa mam ochotę na jedzeniowy konkret.

Popołudnie dla odmiany minęło mi zakupowo… Nepal to zakupowy raj. Przynajmniej w Katmandu, na Thamelu (tak się nazywa dzielnica turystyczna), gdzie roi się od sklepów. Ogólnie jest tanio, choć nie oczekujmy cudów – ceny są odpowiednie do jakości. Królują podróby.  Lubimy np. North Face? Proszę bardzo – do wyboru jest chiński i nepalski (pierwszy ciut lepszy), choć jeśli wolimy może być też napis z inną znaną outdoorową marką (Salewa, Columbia etc.). Najgorzej jest z rozmiarówką. Dziś np. kupowałam buty trekkingowe dla Pawła:
- Czy jest rozmiar 44? – pytam, pokazując o jaki but mi chodzi
- Oczywiście – mówi miły chłopak podając mi buta o rozmiarze 39.
- Ale prosiłam o 44…
- Ten (39 znaczy się) na pewno będzie dobry. To tylko taka mała różnica…
No faktycznie, mała. Tylko 5 rozmiarów. Ma się rozumieć 44 sprzedawca nie ma.


Żeby zarobić kilka rupii sprzedawcy stają na głowie. Wmówią nam, że dana rzecz idealnie na nas leży, a nawet nas wyszczupla (czytaj: wyglądamy w tym jak w worku, bo prosiliśmy o rozmiar S, a dano nam XXL), albo przekonają nas że wprawdzie przyszliśmy kupić latarkę, ale co tam, zamiast latarki na pewno bardziej nam potrzebny szal z wełny kaszmirskiej lub paszminy.

Na Thamelu można kupić prawie wszystko. Zatrzymałam się tylko na chwilę, a tu zaraz:
-Hasz? Marihuana?
Mówię że nie, po 3 minutach znowu:
-Hasz? Marihuana? Przeszłam 10 metrów:
- Good hasz, cheap… (Dobry hasz, tani...)
W tutejszych sklepach z koszulkami można nawet kupić koszulkę informującą: „Nie chce rikszy, nie chcę haszu, nie chcę wymiany pieniędzy…”

A co do zakupów jedzeniowych… Warto wiedzieć że w tutejszych piekarnio-ciastkarniach panuje bardzo fajny zwyczaj, że po godzinie 20 (czasem 21) niesprzedane wyroby można kupić za połowę ceny. Właśnie zrobiłam sobie zaopatrzenie na śniadanie – pyszne „duńskie” ciastka cynamonowe i bułka z makiem… Właściwie to wcale nie liczyłam na przecenę, a tu miłe zaskoczenie.


6 czerwca, 63 dzień wyprawy
Katmandu
Wielka Stupa i kremacje



5 czerwca, 62 dzień wyprawy
Katmandu
Różne takie…


Ale się złaziłam… Nogi mnie bolą jak diabli, ale najważniejsze że w miarę dobrze wykorzystałam dzień. Zaczęłam od miejskiego biura Qatar Airways, gdzie przyszłam się dowiedzieć czegoś w sprawie obiecanych mi 100 dolców za zgubiony bagaż. Oczywiście w sprawie kasy nikt nic nie wie (obiecali że zadzwonią), za to zupełnie przypadkowo dowiedziałam się, że mój sobotni samolot odlatuje wcześniej niż to widnieje na bilecie! Taki drobiazg, prawie godzina przyśpieszenia – w sumie ktoś mógłby pasażerów o zmianie rozkładu poinformować. Ale to i tak nic w stosunku do Kamczatki, gdzie kiedyś z pilotowaną ekipą przypadkowo zawitałam na lotnisko 11 godzin wcześniej po to tylko by zostawić do przechowania bagaż i pójść sobie spokojnie „w miasto”, a tymczasem powiedziano nam że nasz samolot zaraz leci, więc albo wsiadamy, albo czekamy na następny kilka dni.


W ramach programu turystycznego wymyśliłam sobie Muzeum Pałacowe zlokalizowane w kompleksie pałacowym w którym 1991 miała miejsce słynna masakra (niedoszły następca tronu zastrzelił tam chyba 8 członków swojej najbliższej rodziny, a na końcu siebie). Tyle razy byłam w Katmandu i nigdy nie było okazji do tego pałacu pójść... Właściwie to chciałam się tam wybrać już wczoraj, ale zapewniono mnie że we wtorki jest nieczynne. No to poszłam dzisiaj. No i co? Wcale nie we wtorki, tylko w środę nieczynne. Czyli nic z tego…

Na pocieszenie poszłam do Ministerstwa Turystyki zrobić wywiad o Evereście (statystyki, polityka rządu jeśli chodzi o zezwolenia), Po drodze, postanowiłam zrobić dobry uczynek – patrzę, a na chodniku siedzą bezdomne dzieciaki. Z założenia nie daję dzieciom pieniędzy, ale pomyślałam sobie, że dam im noszoną w plecaku chałwę. Dzieci chałwę wzięły, po czym, jak by to powiedział mój brat – „sprzedały mi kopa”.

Po takim "podziękowaniu" zapał do pomocy dzieciakom mi przeszedł, ale że tak szybko się nie zrażam, postanowiłam wspomóc siedzącego na chodniku niewidomego. Zarabiał udostępniając wagę, a ja przecież byłam ciekawa ile schudłam na Evereście. Wyszło na to że zrzuciłam 8 kg i szczerze mówiąc obecny stan całkiem mi pasuje. Tylko jak to utrzymać? Co do niewidomego to zapłaciłam mu zamiast 5 rupii, które chciał – 50 i dorzuciłam kolejną chałwę (zabrałam jej na Everest bardzo dużo, wychodząc z założenia, że np. taka czekolada to bez sensu, zamarznie, a chałwa nie).

W Ministerstwie Turystyki zanim trafiłam do kogoś kto mógł mi coś powiedzieć, obeszłam chyba wszystkie pokoje, przy okazji stwierdzając, że  na palcach jednej ręki mogę policzyć osoby które robią wrażenie cokolwiek robiących. Za to pan który ze mną rozmawiał bardzo się przejął, że rozmawia z dziennikarką z Europy, dzięki czemu dwoił się i troił, by wydawać się kompetentnym. Dowiedziałam się m.in. że w przez wszystkie lata, od 1953 do roku 2011 na Everest weszły 3644 osoby (liczby dotyczą wspinaczy i Szerpów wchodzących od strony nepalskiej; od tybetańskiej brak danych), w 2012 roku -  406 osób, a w tym - 512. Rzecz jasna większość to Szerpowie, bo liczy się także tych, którzy zakładają poręczówki. Pytałam czy rząd nepalski zamierza, choćby ze względów bezpieczeństwa, ograniczyć liczbę wydawanych zezwoleń. Tak jak się spodziewałam – nie zamierza. W końcu to spora kasa (przy indywidualnym zezwoleniu – 25 tys. dolarów, przy grupie cena spada do 10 tys. dolców na osobę).


A, jeszcze byłam dzisiaj na Durbar Square. To takie historyczne „serce” Katmandu z tzw. starym pałacem królewskim (bo ten gdzie zamurdowano króla to pałac „nowy”). Wprawdzie wstęp dla turystów kosztuje 750 rupii (9 dolców), ale warto, bo miejsce ciekawe, wypełnione ciekawą architekturą, a poza tym zawsze jest tam tłum lokalesów przychodzących do miejscowych świątyń. Szczerze mówiąc to przyszłam na Durbar zobaczyć, co tam u Kumari – tak nazywa się dziewczynkę traktowaną jako żywą boginię, wybieraną na tę funkcję w wieku ok. 4 lat z grona wielu kandydatek, a będącą Kumari do pierwszej menstruacji lub poważnego skaleczenia się. Biedne dziecko nie może wyjść poza obręb swojego w sumie niewielkiego pałacu, za wyjątkiem kilku świąt w roku, kiedy zresztą też nie ma szans się normalnie przejść, bo nosi się dziewczynkę w lektyce lub wozi w specjalnym powozie. Czasem Kumari wychodzi na balkonik w swoim pałacu – zawsze smutna, śmiertelnie poważna i koszmarnie wymalowana. Tym razem jednak jej nie było. „Kumari sleep” (śpi) – usłyszałam.

 

 

4 czerwca, 61 dzień wyprawy
Katmandu
Jak pech to pech i o Chińczyku co zawrócił z Everestu 50 m od szczytu


Mój kolega, Artur Kołpak (pozdrawiam, jeśli to czyta),mawia że nieszczęścia chodzą stadami (nie parami). Chyba ma rację…


Rano moja nepalska agencja (organizator ekspedycji) według wcześniejszych zapewnień miała przysłać mi drugą z moich everestowych toreb. Kazano mi w związku z tym być w hotelu. No dobra, czekam, czekam, a żeby dobrze wykorzystać czas, zabrałam się za pocztówki obiecane tym którzy wsparli mnie finansowo uczestnicząc w akcji „kartka” (patrz jedna z zakładek na stronie). Kartki kupiłam wczoraj, tyle że obiecałam że podstempluję je jeszcze specjalną wyprawową pieczątką wniesioną na Everest. Stempel był dość duży , tak więc szykując się do ataku szczytowego pozwoliłam go sobie rozmontować, zabierając tylko jego najlżejszą część, no a efektem tego jest to, że teraz nijak nie mogę zmontować go w pierwotną całość. Efekt – całe ręce w tuszu, którego nie mogę zmyć (oczywiście diabli wzięli mój wczorajszy manicure), a na zakupionych pocztówkach odbija mi się tylko część rysunku/loga. W ten to sposób zmarnowałam 18 kartek, po czym doszłam do wniosku, że może znajdę jednak jakiegoś fachowca, który pieczątkę naprawi.


W następnej kolejność wzięłam się za szykowanie mojej kamerki GoPro do nakręcenia filmiku z Katmandu. Kamerka jest świetna, ale nawet najbardziej świetny sprzęt wymaga czasem zmiany baterii (w tym przypadku specjalnej, nie żadnych tam „paluszków”). No i stało się – bateria wypadła mi z rąk i wpadła wprost do studzienki ściekowej. Ogólnie takie studzienki to w Katmandu rzadkość, no ale akurat musiałam trafić na tę jedną jedyną na przestrzeni kilkuset metrów.


Nic to… Poszłam rozwiesić prawie suchy już śpiwór – żeby się dosuszył. Ledwo to zrobiłam przyleciały kawki. W sumie to lubię te ptaki… A właściwie to raczej lubiłam, bo jak zobaczyłam zapaskudzony odchodami materiał, to przestałam.


Około 13-tej moja cierpliwość w oczekiwaniu na torbę, która miała przyjechać przecież rano, wyczerpała się. Zadzwoniłam do agencji i pytam co z tą torbą, bo w końcu nie przyjechałam z drugiego końca świata do Katmandu po to, by siedzieć w hotelu, zamiast zwiedzać to ciekawe bardzo miasto. W agencji podziękowano mi uprzejmie za cierpliwość, po czym stwierdzono, że mogę sobie po torbę przyjechać. Z cierpliwością już mocno na wyczerpaniu przypomniałam, że umowa była inna, że nie kto inny tylko oni obiecali że torba będzie RANO w hotelu i że innym członkom wyprawy torby też przywożono do hoteli. Zaraz potem usłyszałam, że za pół godziny torba będzie.


Rzeczywiście, była (nie do końca przywieziona do mojego hotelu – przywieziono ją do innego, a potem musiałam ją sobie sama przytachać). W środku oczywiście wszystko mokre i śmierdzące mieszanką błota i jaków. Porozwieszałam to wszystko na dachu, obok suchych już innych rzeczy (-Ściągnę to wszystko razem, wieczorem… -postanowiłam), po czym poszłam na główną ulicę Thamelu (dzielnicy turystycznej) w poszukiwaniu jakiegoś pomysłu na obiad. I wtedy właśnie przyszła ulewa! Sprint z powrotem do hotelu nic nie dał – wszystko co było już prawie suche, stało się ociekające wodą! Można chyba zrozumieć poziom mojego wkurzenia…

Zaraz potem usiadłam do bloga. Uznałam że skoro leje, to przynajmniej nadrobię zaległości w przepisywaniu notatek z ataku szczytowego. Napracowałam się, nie powiem... Zadowolona z efektów pracy (rzadko jestem zadowolona z tego co robię, bo przecież zawsze można zrobić coś lepiej, więcej, szybciej...) wcisnęłam klawisz "zapisz" i... w tym momencie wyrzuciło mnie z internetu. Całą pracę rzecz jasna diabli wzięli...


Odreagowałam wieczorem… Umówiłam się z Kieranem na kolację, potem poszliśmy do pubu (tym razem „Sam`s” – jeden z trzech pubów ulubionych przez wspinaczy) gdzie z kolei spotkaliśmy się jeszcze ze Slavo (z całej naszej ekipy everestowej tylko my zostaliśmy – reszta już wyleciała do domów). W międzyczasie przewinęło się jeszcze przez nas stolik kilka innych osób, które spotkałam w górach – śmiesznie, bo teraz ciągle na siebie wpadamy, a każdy jakiś taki czysty, „uporządniony” w stosunku do tego jak wyglądał w górach. Rzecz jasna było miło, zwłaszcza po drinku o nazwie "Everest Ice Fall" (whisky, rum, sok ananasowy, coś tam jeszcze).


A co do gór – zapomniałam napisać o ciekawym przypadku w ekipie zdobywającej Everest od strony tybetańskiej (tej dowodzonej przez Arnolda). No więc mieli u siebie wspinacza chińskiego. Facet radził sobie całkiem dobrze i już prawie był na szczycie, dokładnie 50 m od niego, kiedy zdecydował (będąc w pełni formy), że zawraca. Powód? Ciała które widział po drodze (faktycznie od strony tybetańskiej jest kilka ciał wspinaczy którzy zostali tam, gdzie ileś lat temu zmarli). Chińczyk uznał, że to miejsce duchów, a wejście na szczyt to zły omen. 50 metrów! Niby mało, ale szczytu zaliczonego nie ma…


I jeszcze przypomniało mi się, odnośnie wejścia Mingby – jednego z naszych Szerpów. Podczas naszego ataku szczytowego wchodziło z nami dwóch Szerpów – Jangbu – doświadczony, 13 razy na szczycie i Mingba, na co dzień ubogi rolnik, na wyprawie kucharz (choć to może określenie trochę na wyrost, jak na przyrządzanie zupek chińskich). Mingba po raz pierwszy był na takiej wysokości, chodziło chyba o to, by miał szansę zdobyć szczyt, co zwiększy jego szanse w załapaniu się do pracy przy kolejnych wyprawach. No więc tak się złożyło, że na Przełęczy Południowej (prawie 8000 m) spaliśmy w namiocie w trójkę – ja, Dan i właśnie Mingba. No i wtedy okazało się, że Mingba nie wziął śpiwora. Zamurowało nas - nie wziął, bo nikt mu nie powiedział, że ma wziąć, a on sam nie wpadł, że taka rzecz jak śpiwór na dwie noce na takiej wysokości może się przydać! Tak na marginesie – Mingba wszedł – jako ostatni, ale liczy się efekt. Swoją drogą uroczy człowiek, bardzo prosty, ale może dzięki temu bardzo szczery i „autentyczny”. Bardzo go polubiłam. Zdaje się że Mingba mnie też - pewnie po tym jak w drodze do obozu IV skończył mu się tlen, a że niósł ciężki ładunek, zaczął bardzo słabnąć. Zaproponowałam mu wtedy że podzielimy się moim tlenem. Początkowo Mingba odmówił (chyba było mu głupio), ale potem jednak się zgodził - co kwadrans stawaliśmy i dawałam mu na trochę swoją maskę, aby się trochę tlenem nasycił (przekazanie całej butli, do chodzenia z nią, było zbyt skomplikowane ze względu na to, że butla była w moim plecaku, a poza tym zawsze to jednak 4 kg więcej). Swoją drogą ciekawe czy Mingba jeszcze kiedyś stanie na Evereście?

 


3 czerwca, 60 dzień wyprawy
Katmandu
Dzień spotkań i doprowadzania się do ładu

Oj jak trudno przyzwyczaić się do cywilizacji. Zwłaszcza do ulicznego ruchu jaki panuje na ulicach w Katmandu. Kilka razy omal nie wpadłam pod rikszę, bo przez te ileś tygodni w górach musiałam ustępować co najwyżej jakom.

Nie tylko pod rikszę można wpaść, także pod motor.A co do rikszy to dzisiaj się nią nawet przejechałam, bo jak się okazało, w biurze naszej nepalskiej agencji leżała moja torba z rzeczami z Everestu. Wszystko w środku mokre, tak więc załadowałam się na rikszę i czym prędzej przywiozłam toboł do swojego hotelu, z zamiarem wysuszenia mocno zatęchłej (czytaj: nie tylko mokrej, ale i śmierdzącej) zawartości. Pół godziny spędziłam rozkładając to wszystko na trawniku, krzesłach, płocie i gdzie się tylko dało w hotelowym ogródku, wzbudzając zaciekawienie chłopców z recepcji, a kiedy skończyłam wreszcie tę skomplikowaną operację, chłopcy z uśmiechem poinformowali, że na dachu jest lepiej, bo bardziej słonecznie i przewiewnie. Jakby nie mogli mi tego powiedzieć wcześniej, kiedy to wszystko rozkładałam. Ale pal sześć - ponieważ mieli rację, kolejny kwadrans spędziłam na zbieraniu betów z powrotem, a następnie na wnoszeniu wszystkiego na raty na szóste piętro, gdzie akcja rozwieszania z racji wcześniejszego doświadczenia zajęła mi już nie 30, a 20 minut.

Zaraz potem, w ramach „uczłowieczania się”, tylko proszę się nie śmiać – zafundowałam sobie manicure! Autentycznie. Stwierdziłam że wygląd moich rąk jest tak tragiczny (połamane paznokcie, pękająca skóra posklejana klejem „Kropelka”), że aż wstyd, i udałam się do pobliskiego „Beauty Salon`u”. Akurat nie było w nim nikogo, poza nudzącymi się dwiema dziewczynami z obsługi, które oglądając moje ręce (uprzedziłam, że to ciężki przypadek), stwierdziły że „no problem”. Chwilę potem siedziałam już w wygodnym fotelu, a po moich bokach dwie specjalistki od manicure (po jednej do ręki), piłowały, obcinały, wycinały, masowały, wydając się z tego powodu całkiem szczęśliwe. Czym się różni nepalski manicure od polskiego? Przede wszystkim tym, że w Nepalu obcina się paznokcie bardzo krótko, aż przy samych opuszkach i że tu dużą uwagę przywiązuje się do masażu dłoni włącznie z naciąganiem palców, a na koniec – nakładania specjalnych kremów wcale nie tylko na dłonie, ale całe przedramię.


Spotkanie u Miss Hawley.Nie powiem, ten drobny zabieg (drobny? godzina ciężkiej pracy tych dziewczyn, za co zresztą dałam im dobry napiwek) dobrze wpłynął na moje kobiece samopoczucie. Ale najbardziej ucieszyły mnie dzisiaj spotkania! Już z samego rana pognałam do hotelu gdzie zakładałam, że spotkam resztę członków naszej ekspedycji i faktycznie, nie zawiodłam się – z miejsca wpadłam na Scotta, Kierana i Slavo jedzących właśnie śniadanie. Wypiłam z nimi kawę, miło pogadaliśmy… Potem, w środku dnia wraz ze Slavo, Danem i Arnoldem (lider ekspedycji tybetańskiej), pojechaliśmy odwiedzić słynną w środowisku himalaistów "Miss Hawley" (Elizabeth Hawley) - 90-letnią już Amerykankę, która przyjechała do Nepalu w roku 1960 i... została. Od tej pory, od ponad czterech dekad pani Hawley prowadzi ewidencję ekspedycji na nepalskie ośmiotysięczniki. Niesamowita kobitka. Świetnie się trzyma, jej umysł i pamięć świetnie funkcjonują, w rozmowach – szalenie konkretna, ze specyficznym poczuciem humoru. Coś tam zgadało się na temat tegorocznych everestowych jubileuszy, że m.in. "50 lecie". -60-lecie – poprawił Dan, mając na myśli pierwsze wejście Tenzinga i Hillary`ego. -50-lecie też – zdenewrowała się starsza pani. -50-lecie? – ciągle nie mógł skojarzyć nasz amerykański lider. –Tak, 50-lecie pierwszego amerykańskiego wejścia, IDIOTO! – uświadomiła go wkurzona rozmówczyni.


Głównym celem naszego spotkania było przepytanie liderów ekspedycji kto zdobył Everest, o której, czy z tlenem etc. Wygląda to tak, że liderzy się „spowiadają”, pani  Hawley skrzętnie notuje, choć w głębi jej mocno zagraconego pokoju (ma niesamowitą bibliotekę!) mimo wszystko widziałam też komputer. Widać, że to kopalnia wiedzy o Himalajach, choć pani Hawley sama się nie wspina (ponoć nawet w Base Campie nigdy nie była). Z różnych historyjek wspomniała nam o pierwszym trawersie Everestu – wejściu od strony tybetańskiej na nepalską czy tam odwrotnie. Dokonał tego Koreańczyk który wszedł na szczyt, po czym pomyślał sobie że wpadnie na koreańską zupę do obozu IV, gdzie miała być jakaś jego znajoma koreańska wyprawa kobieca. Po zupie miał wrócić na „swoją” stronę. Tylko że wyprawa kobieca zdążyła już zejść i Koreańczyk bez zupy, nie mogąc podreperować się energetycznie, nie miał siły wdrapać się już z powrotem na szczyt – jedyne co było rozsądne to grzać jak najszybciej w dół, po „nie swojej” stronie góry.


Szczerze mówiąc chciałam zostać u Miss Hawley dłużej i podpytać ją o inne podobne historie, ale okazało się, że jej czas na rozmowy już się skończył, bo musi iść do lekarza. Nie wypadało nalegać. Wzięłam numer telefonu – mamy się zdzwonić i może uda nam się jeszcze spotkać.


Wieczorne spotkanie w pubie - z lewej Weronika, przy mnie Marek Arcimowicz..No i jeszcze jedno niezwykłe dzisiejsze spotkanie. Wieczorem stałam właśnie na ulicy z kolegą Izraelczykiem, z którym wczoraj przyleciałam z Lukli i zastanawialiśmy się gdzie by tu pójść na piwo, a tu nagle ktoś się na mnie „rzuca” i przyjacielsko mnie ściska. Okazało się że to Marek Arcimowicz. Wiele osób czytających tego bloga niewątpliwie Marka zna, ale tym którzy nie znają wyjaśniam – świetny fotograf, autor wielu artykułów do prasy podróżniczej (m.in. do Travelera), pomaga w prowadzeniu schroniska „Samotnia” i funkcjonującej tam „Szkoły Górskiej”, a tak w ogóle to bardzo fajny, pozytywnie „zakręcony” chłopak, realizujący wiele fajnych projektów podróżniczych. Razem z Markiem była jeszcze przypadkowo przez niego spotkana Polka ze Stanów – Weronika, lekarka która przyjechała do Nepalu z chęcią pracy w charakterze wolontariuszki (na co zresztą, za ok. 2 tys. dolarów, musiała wykupić zezwolenie). Trochę głupio może wyszło, bo przy takim polskim teamie kolega z Izraela ze wspólnego pójścia na piwo zrezygnował, za to my spędziliśmy bardzo miły wieczór w znanym w Katmandu pubie „Tom&Jerry” sącząc dżin z tonikiem i plotkując na przeróżne tematy. Przy okazji wyszło na jaw, że razem z Markiem wracam do Polski – 8 czerwca mamy ten sam, nocny lot.


2 czerwca, 59 dzień wyprawy
Lukla – Katmandu
Droga przez mękę czyli jak nam się udało wyrwać z Lukli

Zaraz po szczęśliwym wylądowaniu,Uff! To było równie trudne jak Everest! Mowa o wyrwaniu się z Lukli. Najważniejsze jednak, że desperackie działania zakończyły się sukcesem.  :)

Dziś rano, już nawet bez budzika, bo przecież ostatnio ciągle tak wstaję, obudziłam się o piątej (ja, typowa „sowa” tutaj jakoś grzecznie toleruję te wstawanie o barbarzyńskich porach), stwierdzając że o dziwo prognozy pogody się sprawdziły i odpukać, nie pada. Na lotnisku miałam stawić się o 8-mej, tak więc mając spory zapas czasowy, na spokojnie zamówiłam sobie herbatę i tosta z serem, a tu nagle telefon że natychmiast, już, biegiem, mam przyjść się odprawić. No to pobiegłam.

Na lotnisku zamieszanie totalne, bo Tara Airways przysłało równocześnie trzy samoloty, co zresztą dobrze wróżyło, bo byłam przekonana że mam załatwiony lot do Katmandu, właśnie jednym z tych samolotów, czyli w podtekście - za godzinkę znajdę się w nepalskiej stolicy. O ludzka naiwności! Sprawy toczyły się szybko – Nima, czyli ten operatywny koleś od wczorajszego czarteru wręczył mi jakiś kwitek, kazał zapłacić 200 rupii opłaty wylotowej i odesłał mnie do kontroli bezpieczeństwa tutaj oznaczającej że na upartego można wnieść słonia, bombę i co się tylko chce. Ku swojej radości okazało się że lecę razem z moim znajomymi z naszej międzynarodowej paczki, tyle że nie do Katmandu, a do tego miejsca, z którego „potem tylko 3 godziny autobusem” (tak zapewniano każdego z nas), no i nie normalnym, zwykłym samolotem, tylko dużo mniejszym "cargo plane", czyli do transportu zaopatrzenia.

Okej… Zresztą były mi obojętne jak, byle się z tej cholernej Lukli wydostać. Bałam się że to i tak wszystko sen – zaraz się obudzę w moim pokoju w którym się mieści tylko łóżko (za 2 dolce trudno by się mieściło więcej), a za oknem znowu będzie dudnił deszcz oznaczający, że czeka mnie kolejny upojny dzień w górskiej scenerii, którą niby tak lubię, ale może już starczy…


Lot był stresujący, bo raz, w końcu to Lukla (przypominam: jedno z najbardziej niebezpiecznych lotnisk świata), dwa – samolot należący do jakiejś podejrzanej linii mającej pewnie tylko tą jedną, jedyną maszynę, nie wzbudzał zaufania – w każdym razie wątpię by przechodził jakieś dokładne kontrole techniczne. Na wszelki wypadek modliłam się do Buddy, Brahmy, Sziwy i innych funkcjonujących w Nepalu bogów, oczywiście ufając też w kompetencję pilota, który zakładałam, wcale się z życiem żegnać nie chciał.


W autobusie - Izraelczyk, ja, czyli Polka i dwóch Amerykanów.Skoro to piszę, to znaczy że jakoś tam wylądowaliśmy, na „lotnisku” w którym nie ma nawet asfaltowego pasa, tylko jest trawiasty długi plac. Radość nasza nie miała granic – cieszyliśmy się jak wariaci, zaraz potem z równie wielką radością zamieniając ciepłe, górskie ciuchy na koszulki z krótkim rękawem i krótkie spodnie.


Miny nam zrzedły gdy zapytaliśmy gdzie możemy znaleźć jakiś transport do Katmandu. Okazało się, że transport, lokalny autobus znaczy się, owszem, jest, ale 180 km jakie ma do pokonania, zajmuje mu wcale nie  3 godziny, tylko według rozkładu 6. Wtedy jeszcze nie byliśmy świadomi, że "według rozkładu 6" w praktyce oznaczać będzie 9. Mało tego, bilety jakie nam sprzedano były już ostatnimi dostępnymi miejscami - … stojącymi. Oczywiście w nepalskich autobusach miejsca siedzące też nie zapewniają luksusu, no ale wiadomo, zawsze to lepiej siedzieć niż stać.


Szczerze mówiąc chcieliśmy jechać na dachu (w Nepalu to częste), ale okazało się, że na tej trasie nie można. Szybko zrozumieliśmy dlaczego – cały czas zakręty i górskie przepaście, droga tylko po części asfaltowa, do tego na tyle wąska, że jak jedzie coś z przeciwka to często trzeba się cofać, często na samym skraju urwiska, rzecz jasna bez żadnych barierek. Inna sprawa że gdyby coś (a spadające w przepaście autobusy to w Nepalu normalka), siedzenie na dachu dawałoby przynajmniej jakąś szansę… Swoją drogą głupio by było wejść na Everest, a zginąć w wypadku drogowym (tfu, tfu!).


Kogut z autobusowej półki.Ostatecznie udało nam się zdobyć kilka miejsc siedzących na samym końcu autobusu – ja wciśnięta między Eryka-Amerykanina i przesympatycznego Izraelczyka, na zasadzie trzech osób na dwóch i tak popsutych miejscach, no a dwóch kolegów którzy na siedzenia się nie załapali, zrobiło sobie miejscówki (leżące !) na podłodze. Jeden z leżących, Nowozelandczyk wkrótce stał się ulubieńcem koguta, wiezionego przez kogoś na podsufitowej półce. Co jakiś czas ptaszysko zlatywało z góry na naszego „Kiwusa” (o Nowozelandczykach mówi się powszechnie: Kiwi), po czym Kiwus przytulał chickena do swojej piersi, i tak sobie spali dopóki właściciel koguta znowu nie wsadził go na półkę (koguta rzecz jasna).


Do Katmandu przyjechaliśmy zmęczeni jak diabli, wieczorową już porą, z obolałymi pośladkami i ogólnie lekko żywi. Nawet pomysł wspólnego pójścia na kolację już upadł - szybko rozeszliśmy się do swoich hotelików. Ja znalazłam sobie sympatyczną miejscówkę za 8 dolców za pokój z łazienką z super prysznicem. Pierwszy prawdziwy prysznic od prawie dwóch miesięcy! Kafelki, gorąca woda bez ograniczeń... To właśnie plus podróży - uczą doceniać takie niby oczywiste rzeczy, które większości z nas wydają się normalną sprawą, a jak się okazuje, w pewnych warunkach stają się luksusem.

 

 

 

1 czerwca, 58 dzień wyprawy
nadal w Lukli
Chmury, chmury, chmury…


Pierożki momo nadziewane mięsem jaka.Niestety ciągle tu tkwię… No ale dzisiaj mam lepszy humor, może dlatego że przed chwilą wtrząchnęłam talerz pysznych pierożków momo (jedno z „narodowych” nepalskich dań). Naprawdę pysznych – myślę że w Katmandu takich nie ma. Trafiłam na nie przypadkiem – zaprosili mnie na nie wczoraj dwaj miejscowi młodzieńcy, a dzisiaj już sama tam wróciłam. Miejsce nie ma żadnego napisu w stylu „restauracja” czy „bar” – to taka lokalna garkuchnia do której turyści nie zaglądają (a jeśli przez przypadek zajrzą to zwykle się wycofują myśląc że to kuchnia prywatnego domu). Gospodynią jest przemiła dziewczyna, cały lokal to dwie przykryte ceratami stoły-ławy, no a menu to momo w zupie na bardzo o ostro i druga wersja (moja) to momo z wody, z nadzieniem z mięsa jaka, na mniej ostro.


Pierożkami stłumiłam w zarodku nastrój wkurzenia, bo oczywiście znowu nie udało mi się stąd wydostać. Rano, o 6-tej z minutami, dzielnie stawiliśmy się na lotnisku (my, czyli międzynarodowa paczka czarterująca samolot -> szczegóły pod datą wczorajszą), specjalnie nie zrażeni chmurami jakie wypełzały z doliny zasłaniając powoli góry. Humory mieliśmy świetne, przyszli nawet „nie lecący”, ale pragnący nas odprowadzić Izraelczyk i Nowozelandczyk. Tyle że godzinę później zaczęło padać, a dwie godziny potem była już znowu ściana deszczu. Na pocieszenie poszliśmy na szarlotkę do „German Bakery” naprzeciw lotniska, ale nie na wiele to się już zdało – wkrótce potem było już oficjalnie wiadomo że żadnych lotów tego dnia nie będzie i z nosami na kwintę wróciliśmy do swoich lodge`y. W najgorszej sytuacji są Irlandczycy – próbują się stąd wydostać od 10 dni, a dzisiaj wieczorem mają lot powrotny do Europy.

YakDonald`s   :)Wracając do lodge`u wpadłam na Scotta – oni też nigdzie nie odlecieli, bo pogoda jest „nielotna” także dla helikopterów. Może uda im się popołudniu – mają być gotowi do startu w każdej chwili gdy tylko w chmurach zrobi się jakaś wyrwa.


Na zdjęciu obok: Nepalczycy z Lukli chętnie wzorują się na Ameryce, ale mimo wszystko podkreślają własną tożsamość kulturową. Jak widać na zdjęciu, można np. pójść do "YakDonald`sa" i zjeść "Everest Burgera".


Mnie tymczasem ogarnęła pewna obojętność – co będzie to będzie. Oczywiście nie znaczy to, że nie robię nic w tym celu aby jakoś się z tego miejsca wyrwać. Z pomysłu z czarterem wprawdzie zrezygnowaliśmy (to mały samolot, więc małe szanse że doczeka się warunków aby tu dolecieć), ale wróciła opcja aby iść przez góry do Salleri (ja, Amerykanin i Nowozelandczyk), no a niezależnie od tego rozmawiałam też z Kadzim – szefem naszych Szerpów, że to nie w porządku że organizatorzy ekspedycji zostawili mnie na pastwę losu, chociaż ekspedycja oficjalnie jeszcze trwa. Kadzi, swoją drogą bardzo w porządku facet, obiecał, że jeśli jutro mi się nie uda oficjalnie wylecieć, to spróbuje wysłać mnie z bagażami, samolotem cargo. Zawsze jakieś światełko w tunelu.

 

Wieczorem

Właśnie wróciłam ze spaceru główną ulicą miasteczka. Chwilowo nie pada, tak więc brukowana ulica ("ulica" to mocno na wyrost, bo samochodów tu nie ma, co najwyżej czasem przejdzie karawana załadowanych jaków), zapełniła się tłumem ludzi - turystów i lokalesów, co trochę kojarzy się z deptakiem w jakimś plażowym kurorcie. Właściwie to wyszłam wymienić gdzieś pieniądze, ale przy okazji spotkałam mnóstwo "znajomych". Tematy rozmów - kto ile dni już siedzi w Lukli i jaki ma pomysł na wydostanie się. Najśmieszniej wygląda uświadamia nowoprzybyłych, łudzących się że jutro będą już w Katmandu. Kiedy słyszą co ich czeka - nie wierzą.

Z miłych rzeczy to dorwał mnie jeden z lotniskowych kompanów i powiedział że mam być jutro o 8.15 na lotnisku bo jego znajomy ma dla mnie bilet do Katmandu. Aż boję się cieszyć...

A co do moich wyprawowych kolegów - późnym popołudniem chmury się rozproszyły. Polecieli...




30 maja, 57 dzień wyprawy
Lukla
Nie masz kasy? Jesteś nikim… - czyli jak to jest z przyjaźnią


Macie takie dni, że czujecie się samotni, opuszczeni przez ludzi, na których liczyliście i ogólnie jesteście w psychicznym dołku? Ja mam dzisiaj taki dzień. Nie pierwszy i może jeszcze nie ostatni na tej wyprawie (choć nie należę do osób o zmiennych nastrojach), ale na pewno głęboki to dołek…  Zastanawiałam się czy o tym pisać. Jeśli to nudne, to nie czytajcie. Postanowiłam, że jednak napiszę, aby pokazać że taka wyprawa to nie tylko fajne przygody, których pewnie wiele osób mi zazdrości. To także sytuacje mniej przyjemne, przykre, czasem trudne, które zdarzają się częściej n


Czy rzeczywiście byliśmy zgrani? Na wyprawie może tak, teraz nie ma po tym śladu.No więc zostałam sama…  Niby nic nowego, bo przecież często, z własnego wyboru, podróżuję po świecie w pojedynkę, mało tego, zachęcam do takiej formy podróżowania, bo niezależność, lepiej poznaje się dane miejsce etc., ale teraz chodzi o zupełnie inną sytuację. O to, że po dwóch miesiącach różnych, często niebezpiecznych sytuacji, które wydawało mi się, powinny nas scementować w ekipę zgraną na dobre i złe, teraz okazało się, i to z godziny na godzinę (a wręcz – z minuty na minutę), że żadnej przyjaźni nie ma – jest wyrachowanie, a to co się liczy, to własne „ja”. No i pieniądze.


To właśnie pieniądze nas podzieliły. Odkąd było wiadomo, że nie stać mnie na helikopter, dla Dana i Scotta przestałam istnieć. Zwłaszcza Dan nie może zrozumieć, że nie każdy ma w portfelu 500-600 dolców na ok. 20 minutowy lot.


Teoretycznie mieliśmy dzisiaj wszyscy lecieć drugim lotem jaki będzie. Kiedy zbieraliśmy się rano, o 6-tej, w jadalni, Dan zaczął zapewniać że lotu na pewno nie będzie, bo zepsuje się pogoda, a równocześnie właściciel lodge`u powiedział że zaraz jest jedno wolne miejsce na lot do jakiegoś innego miasta, 3 godziny autobusem do Katmandu. Skoro tak, to dawaj, mówię że bierzemy to miejsce – a że tylko jedno to zrobimy o nie losowanie z Kieranem (Dan i Scott od razu obstawiali helikopter). Kieran z losowania jednak zrezygnował: -Leć ty… - stwierdził, tak więc szybko się zebrałam i pognałam na lotnisko.


Kieran, Irlandczyk, facet godny zaufania,, dusza człowiek.Samolot o którym była mowa jednak nie przyleciał, podczas gdy inne owszem, latały, bo pogoda była akurat dobra. Z rezerwacją „na drugi samolot” dla naszej grupy wyszła jakaś „ściema” – sądzę że nasz kontrahent w ogóle jej nie zrobił. Im dłużej siedziałam na lotnisku tym lepiej rozumiałam system jak to działa. Ogólnie wszystko sprowadza się do układów, kontaktów, łapówek, prowizji i co tu kryć – żeby polecieć, trzeba trochę za tym pochodzić. W pewnym momencie dotarło do mnie, że jestem w punkcie zero – o moje interesy nikt tu nie dba, biletu mimo zapewnień nie mam, kontaktów też nie…


W pewnym momencie na lotnisku pojawił się Dan (wkrótce potem miał mieć z resztą ekipy helikopter), poprosiłam go więc, aby poszedł ze mną do biura linii na którą rzekomo mieliśmy mieć bilety i pomógł mi załatwić sprawę… Gdzie tam – Dan się zmył błyskawicznie niczym duch. Potem wpadł na mnie gdy siedziałam lekko podłamana, nie wiedząc do kogo w tym harmidrze (kłębowisko ludzi) iść – udał że mnie nie widzi.

Oczywiście szybko się wzięłam w garść, chociaż gorycz zostawienia samej sobie pozostała. Wydawało mi  się, że choćby zwykły ludzki odruch wymagałby zapytania czy wszystko w porządku, jakie mam plany, czy może mi w czymś nie pomóc (ok, ryzykowne, bo pewnie bym powiedziała, że jak najbardziej – pomóc), czy mam pieniądze na przetrwanie, jakieś umówienie się na kontakt. A zresztą co ja tam o ludzkich odruchach – Dan jest w końcu liderem ekspedycji, która przecież wciąż trwa (do 4 czerwca oficjalnie), a dolot do Katmandu jest zapewniony w ramach opłaconych świadczeń. Mnie jako pilotowi/przewodnikowi grupy do głowy nie przyszłoby zostawienie uczestnika zupełnie na pastwę losu.

Zanim wróciłam z lotniska do lodge`u (około 14-tej przyszły chmury i lotnisko zamknięto) dogadałam się jeszcze z najbardziej operatywnych lotniskowych „cwaniaków” (młodzi chłopcy handlujący na lewo biletami) który obiecał że „zrobi co się da”. Okej, brzmiało dobrze…

Niedługo potem dorwał mnie na ulicy i powiedział że załatwi lot czarterowy, ale muszę zebrać 8 osób. Nie było problemu – akurat stał koło mnie mój nowy kolega – Amerykanin z Seattle, zaraz potem spotkaliśmy kolejne znajome osoby. Po pół godzinie lista pasażerów była zrobiona (każdy z innego kraju)  i zebrane 145 dolców od głowy.

Główna uliczka Lukli, tu akurat bez deszczu.No a w międzyczasie – spotkałam Polaków! Piotrka Owczarskiego i Krzyśka Stępnia, dwóch maratończyków biorących udział w rozgrywanym tu dwa dni temu biegu z Bazy pod Everestem do Namche Bazar. Niesamowity bieg – nie widziałam, ale mogę sobie wyobrazić – trasę którą trekerzy pokonują w ciągu 2-3 dni (bo kamienie, potoki, karawany jaków po drodze etc., nie mówiąc o tym że teraz jeszcze ślisko), najlepsi biegacze (fakt, zwyciężają zawsze miejscowi) robią w 3,5 godziny!

Tak naprawdę to na chłopców wpadłam kilka dni temu jeszcze przy Gorak Shep, czyli zaraz po wyruszeniu z bazy, no ale teraz była okazja by pogadać na spokojnie. Poszliśmy na piwo do lokalnej Hard Rock Cafe – ja opowiadałam o Evereście, oni o biegu. Zawsze tak daleko od kraju cieszę się ze spotkań z rodakami, ale dzisiaj chłopcy naprawdę spadli mi z nieba – naprawdę ucieszyło mnie to spotkanie.

Do  lodge`u wracałam w świetnym już nastroju, no bo jeszcze to piwo (0,5 l)… Wchodzę i oczom nie wierzę – w jadalni siedzą ze skwaszonymi minami moi koledzy z Danem na czele. Nie polecieli, bo dość długo szukali kompletu do zapełnienia helikoptera, a kiedy znaleźli – popsuła się pogoda. Nawet ucieszyłam się z tego spotkania, ale rozmowa i tak się nie kleiła. Mam wrażenie że tylko Kieran rozumie moją sytuację i jemu jednemu nie jest obojętne co się stanie. Ja też już dawno zauważyłam, że zdecydowanie wolę irlandzką mentalność od amerykańskiej.

 


29 maja, 56 dzień wyprawy
Lukla (2800 m n.p.m.)
Monsun, czyli ciągle pada


Chwilowa przerwa w deszczu, więc niektórym szczęśliwcom udaje się odlecieć. Niestety pobudka bladym świtem na nic się nie zdała – dudniący w dach deszcz i ciężkie chmury za oknem nie dawały żadnych nadziei że jakikolwiek samolot poleci. Ze względu na swoje położenie Lukla jest jednym z najbardziej niebezpiecznych lotnisk świata, a że wypadki samolotów są tu rzeczywiście dość częste, zaczęto jednak dbać o procedury bezpieczeństwa, co oznacza, że samoloty lądują tylko przy dobrej widoczności.


Kiepsko, bo wygląda na to, że w tym roku monsun wyjątkowo przyszedł wcześniej niż powinien. W każdym razie teraz jest już wieczór, a od rana leje jak z cebra i nie zanosi się, by przestało. Na dodatek to że odwołano nam lot nie oznacza w nepalskich warunkach, że polecimy kiedy się tylko da – skoro wyskoczyliśmy z kolejki (nie ważne że nie ze swojej woli), automatycznie znaleźliśmy się teraz na jej końcu, a kolejka oczekujących wynosi setki osób.


To helikopter ratunkowy, do Katmandu z Lukli lata większy.Zastanawiamy się co zrobić i szczerze mówiąc optymistycznie to wcale nie wygląda. Do wyboru są następujące wersje:
a) czekać na wolne miejsca w samolocie przez kolejne dni –  może w końcu uda się załapać na jakiś lot (np. za dwa tygodnie)
b) zainwestować w helikopter (lata częściej niż samoloty) – cena 500-600 dolców od osoby
c) iść do Jiri (ok. 5 dni marszu) skąd do Katmandu kursują autobusy (6-7 godzin jazdy)
d) iść do Salleri (2-3 dni marszu) gdzie na dojazd do Katmandu  wynajmuje się dżipy (20-24 godziny jazdy)


Dan ze Scottem zdecydowali, że wybierają opcję helikopter, ja z Kieranem stwierdziliśmy że idziemy do Salleri. Nie wiem jak Kieran, ale ja po prostu nie mam wyboru – stan moich finansów jest jaki jest i na helikopter mnie nie stać. Oczywiście drałować w deszczu i błocie przez kolejne dni wcale mi się nie chce, no ale mus to mus. Nie napawa też optymizmem informacja, że droga z Salleri do Katmandu gdzieś tam się rozmyła, a co gorsze jakiś samochód spadł i zginęło ileś osób… Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że zanim tam dojdę, drogę naprawią.

 


28 maja, 55 dzień wyprawy
Z Namche Bazar do Lukli
Nocny marsz przez góry zamiast helikoptera o świcie


Co tam helikopter, kiedy w okolicy kwitną piękne rododendrony.Noc w wydawałoby się całkiem przyzwoitym pokoju (nawet kontakt był – niedziałający rzecz jasna, i łazienka z normalnym cywilizowanym kibelkiem, oczywiście nie podłączonym do kanalizacji), zakończyła się dość brutalną pobudką urządzoną przez Dana o godzinie 4.30. Sytuacja za oknem wyglądała bardzo optymistycznie – słoneczko, przy pasie startowym (czytaj: kawałek ugoru) ludzie z bagażami, tęsknie wpatrzeni w niebo, na którym miał się ukazać helikopter.


Z tym helikopterem już wyjaśniam… No więc kawałek wypłaszczonego pagóra przy tea-housie w którym zamieszkaliśmy to polowe lotnisko na którym ląduje wielki, radziecki helikopter, kiedyś wojskowy, teraz wożący ładunki na budowę jakiejś pobliskiej chyba elektrowni wodnej. W jedną stronę maszyna przywozi materiały budowlane, w drugą teoretycznie wraca na pusto. Teoretycznie, bo przecież szkoda wozić powietrze, tak więc piloci i cała rzesza ludzi „po drodze” zarabiają transportując zarówno ludzi, jak i różnego typu prywatne rzeczy. Rzecz jasna proceder jest nielegalny, niby nikt o nim nie wie (choć wiedzą wszyscy), a że helikopter do Katmandu z kontrabandą lecieć oficjalnie nie może, dlatego ląduje w Jiri, gdzie całe towarzystwo i lewe ładunki ze swoich wielkich czeluści wyrzuca.

Nie wiem ile taka helikopterowa „mafia” na takim kursie może zarobić, ale chyba sporo. Nas skasowano 250 dolców od głowy, co nawet zakładając że od Jiri jeszcze trzeba jechać ileś godzin autobusem, jak najbardziej nam się opłacało. Dość powiedzieć, że takich klientów jak my, ponoć spokojnie z 50 można zabrać. Tyle że dzisiaj akurat helikopter nie przyleciał. Czekaliśmy do południa, w międzyczasie niebo zasnuło się chmurami, aż w końcu było wiadomo że już żadnych lotów nie będzie.


W dole Namche Bazar. Przed nami bite 7 godzin drałowania.Nepalczycy sytuację przyjęli ze zrozumieniem i spokojem – nawet ci którzy czekają na helikopter już kilka dni (bo dzień wcześniej też nie przyleciał). Nas jednak goni czas, czekać dłużej nie możemy, tak więc spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w kierunku Lukli, tym bardziej że jutro z tamtejszego lotniska mamy normalnie zarezerwowany, regularny lot.


Droga do Lukli zajęła nam bite  siedem godzin szybkiego marszu, choć fakt, z trzema postojami na naszą ulubioną „masala tea” (herbata z mlekiem, doprawiana specjalnym zestawem przypraw). Początkowo szło się super – nawet nie dlatego że w dół, ale ze względu na lasy, bujną zieleń, kwiaty i ogólnie – przyrodę której tak nam na lodowych pustyniach brakowało. No i ptaki – śpiewające, świszczące, kukające (tak, tak, prawdziwe kukułki) – nawet próbowałam powiedzieć Scottowi że powinien zdjąć z uszu słuchawki (Scott nie może żyć bez muzyki), ale machnęłam ręką. Niestety, od pewnego momentu zaczęło najpierw padać, potem lać, a do tego zapadł zmrok i już tak fajnie nie było (tym bardziej że zrobiło się zdecydowanie pod górę). Dłużyło mi się strasznie – Lukla była jak w bajce – za siedmioma górami, za siedmioma rzekami…, choć w tym wypadku tych gór i rzek było dużo więcej niż siedem.


No ale ostatecznie jakoś się po kostki w błocie  doczłapaliśmy… Teraz już prawie północ, uczciliśmy nasze „dojście” piwkiem i kolacją z zapiekanego ryżu, a teraz już o niczym więcej nie marzymy, tyko: SPAAAAAĆ! Niestety długo nie pośpimy – pobudka o 5 rano, bo mamy poranny lot.




27 maja, 54 dzień wyprawy
Z Periche do Shyangboche
Aktywni staruszkowie i krewetki na Evereście

Scott podziwia widoki.Dziś mieliśmy całkiem spory odcinek do przejścia, ale żeby nie było za łatwo, postanowiliśmy wybrać trasę dłuższą, rzadko uczęszczaną, ponoć ciekawą widokowo. Jak z tymi widokami to diabli wiedzą, bo kiedy rzeczywiście byliśmy w miejscu słynącym z panoramy, nadeszły chmurzyska i widoki diabli wzięli.

Jeszcze na samym początku, w Pangboche, miejscowości w której na początku ekspedycji lama odprawiał naszej ekipie pudżę (buddyjskie nabożeństwo połączone ze specjalnym błogosłowieństwiem), namierzyliśmy Jangbu, jednego z naszego Szerpów, podążającego do lamy z butelkami… soku jabłkowego. To niby w ramach podziękowania za szczęśliwie zakończoną wspinaczkę. Ciekawe, że akurat sok jabłkowy. Swoją drogą przypomniało mi się, że podczas pudży w bazie, ten sam lama na widok ofiarowywanej mu coca-coli (tak, tak, stawia się ją nawet na "ołtarzu"), skrzywił się i zapytał czy nie mamy... fanty.

Z ciekawostek po drodze to udało nam się zobaczyć thary - himalajskie kozice, czy jak kto woli dzikie kozy. A, i jeszcze przeszliśmy przez rzadko odwiedzaną przez turystów wioskę Phorche - sprawia wrażenie jak po wybuchu bomby neutronowej, bo niby jest tam trochę domów i pensjonatów, a spotkaliśmy jedynie jedną jedyną kobiecinę z dzieckiem na ręku.

Thar himalajski - coraz trudniej go obecnie zobaczyć.Co do wspinania to pisałam,  już dawno, dawno, o 81-letnim Japończyku który zamierzał pobić rekord wiekowy wpinających się na Everest. No więc udało mu się… Fakt, miał cały sztab Szerpów, 30 (!) butli z tlenem i rozbito mu po drodze 7 obozów (normalnie wystarczą cztery), z czego aż trzy na Ścianie Lhotse (my mieliśmy jeden), ale liczy się efekt. Ciekawa natomiast była reakcja Nepalczyków. Podobno znalazł się jakiś, który zaraz po tym jak informację o Japończyku podano w mediach, zebrał się w sobie i ogłosił, że on ma więcej lat (chyba 82, ale głowy nie daję) i idzie, tak od razu, bić rekord. Jak obiecał tak zrobił, ale się po drodze rozchorował, no a do tego wyszło na to, że już okno pogodowe się zamknęło, no i musiał się wycofał. Można jednak zakładać, że w przyszłym roku nie odpuści i będzie kolejny rekord. Krótko mówiąc szykują się emocjonujące wyścigi aktywnych staruszków.

I jeszcze w związku z Everestem... Nocujemy dzisiaj w lodge`u gdzie śpią także schodzący z gór Szerpowie wysokościowi (ta specjalna "kasta" Szerpów, notowanych najwyżej w hierarchii, opiekujących się klientami przy wspinaczce wysokogórskiej). Jest wśród nich Lakpa Sherpa, jeden z najbardziej doświadczonych (17 razy na Evereście), na co dzień mieszkający w Seatlle w USA. Jak się okazuje Lakpa opiekował się tajemniczym "księciem", czyli wspinaczem z Kataru (w końcu nie wiem czy to naprawdę książę, czy tam szejk), kończącym Everestem koronę ziemi. "Książę" szczyt zdobył, ponoć nawet zasłużenie, bo doświadczenie wspinaczkowe miał, a i wysportowany był odpowiednio, ale nie omieszkałam zapytać jak tam z wymaganiami związanymi z wygodami. Lakpa za dużo ujawnić nie mógł, ale przyznał, że np. w kwestii jedzenia, jeśli "książę" miał ochotę np. na świeże krewetki, budżet pozwalał na ich dostawę helikopterem. Albo np. sprawa załatwiania się - jeszcze w obozie III była do użytku siedząca (!) toaleta, a w obozie IV specjalna torba do wypróżniania się w namiocie, żeby nie wychodzić na zimno i wiatr.

 

 


26 maja, 53 dzień wyprawy
Z Base Camp do Periche
Wielki Odwrót


Wspomnienie bazy kiedy była jeszcze pełna namiotów.Trochę żal mi było opuszczać bazę. Z jednej strony już mi wystarczy tego siedzenia na wysokości, mieszkania w namiocie, ciągle takiego samego jedzenia, ale z drugiej strony spędziłam tu sporo miłych chwil, poznałam fajnych ludzi i przez kilka tygodni można powiedzieć że był to mój „zastępczy dom”. Tak czy owak długo żegnałam się z Szerpami którzy zostają jeszcze kilka dni aby zwinąć bazę i załadować wszystko na jaki, a potem, idąc w kierunku Gorak Shep, kilkakrotnie oglądałam się za siebie, z sentymentem patrząc na malejące na horyzoncie namioty.


Schodzimy w dół w czwórkę – Dan, Kieran, Scott i ja. Reszta jest już na dole. Dziś doszliśmy do Phericze. Dan chciał iść dalej, ale stwierdziliśmy że po pierwsze – wystarczy (dalej musielibyśmy iść po nocy), dwa – po tym jak spędziliśmy w Phericze kilka dni „restu”, bardzo polubiliśmy to miejsce i mamy do niego szczególny sentyment. Poza tym niezależnie od wszystkiego coś nie tak ze mną. Połączony z atakami duszności kaszel który mnie tak męczy wbrew ogólnym zapewnieniem wcale nie zanika, wręcz przeciwnie, do tego dochodzą poranne krwotoki z nosa, a koledzy taryfy ulgowej nie dają. Już się nauczyłam, że na tej wyprawie obowiązuje zasada: „słaby jesteś – twój problem” (w podtekście: przez pięć minut dusisz się, albo próbujesz zatamować krew – nikt na ciebie Nie trzeba wyważać zamkniętych drzwi...czekać nie będzie). Rozumiem, to nie przedszkole, trudno się nad kimś roztkliwiać, ale jakoś nie przyszłoby mi do głowy stosować takie zasady w grupach które ja prowadzę.

Ale żeby nie wyszło że narzekam… Jak niesamowicie zmieniło się otoczenie! Kiedy trzy tygodnie temu pokonywaliśmy tę trasę wracając z restu, całą drogę mieliśmy tylko kamienie, i wszechobecną szarość. Teraz przyszła prawdziwa wiosna – między kamieniami jest dywan zielonej trawy, gdzieniegdzie kwiaty. Uwielbiam wiosnę!

I jeszcze everestowy news: na obiedzie w jakimś tam schronisku po drodze dowiedziałam się, że akcja ratunkowa jaką widzieliśmy na stokach Lhotse, związana była ze wspinaczem bez obydwu rąk, który Everest wprawdzie zdobył, ale że był w tej wspinaczce strasznie wolny (karabinkami i jumarem operował za niego Szerpa), no i w rezultacie spowodował że zarówno on (wspinacz), jak i owy Szerpa, nabawili się, nie wiem już czy obrzęku płuc czy mózgu. W każdym razie trzeba było gościa ewakuować jak najszybciej na dół – zrobiono to przyczepiając go do przyczepionej do helikoptera liny.

Zdjęcie u góry: Zauważone po drodze... Jak widać: nie trzeba wyważać zamkniętych drzwi. Trzech tragarzy niosących drewniane panele akurat odpoczywa, czwarty - przechodzi między nimi.


 

 

26 maja, 53 dzień wyprawy
Base Camp (5300 m)
Rest, doprowadzanie się do porządku, pakowanie

Mamy dzień „restu”, który wykorzystujemy głównie na pakowanie się. Jutro zaczynamy wędrówkę w dół, do Lukli, skąd leci się do Katmandu. Zejście do Lukli powinno nam zająć 3 dni, ale nie wiadomo jak z lotami, bo z pogodą tak sobie, więc ciągle słyszymy o odwołanych samolotach. Co bardziej kasowi wspinacze korzystają z helikopterów – krążące nad nami maszyny dowodzą że nie brak takich którzy mogą sobie pozwolić na taki luksus lecąc do Katmandu wprost z bazy. Wystarczy kilka tysięcy dolców (okej, jak się złapie okazję, że jest jakaś ekipa i zostało wolne miejsce, a nie ma się bagażu, można się zabrać za „jedyne” 1200 dolców). Kurcze, przecież za taką „okazyjną” cenę, to bym pół świata objechała! W każdym razie wersja dla mnie to jednak  własne nogi, a jak nie będzie z Lukli lotów to jeszcze kolejne dwa-trzy dni spacerku do miejscowości, do której docierają autobusy.

 


25 maja, 52 dzień wyprawy
Zejście z obozu II (6400 m) do Base Camp`u (5300 m)
Pożegnanie z Ice Fallem

Dziś mieliśmy na Ice Fallu chwile grozy. Fotografowałam Kierana schodzącego po największej drabinie, pod jednym z największych seraków, spektakularnie wiszącym ponad poręczówką, a tu Dan coś wrzeszczy. Nie za bardzo zrozumiałam co – uznałam że wrzeszczy to wrzeszczy, zaraz się dowiem co, a  na razie muszę na spokojnie zrobić zdjęcia. Dopiero po chwili okazało się że Dan krzyczy:
-Spiep… -cie!
Powodem był właśnie ten wielki serak, a dokładniej imponujące pęknięcie na jego nadwieszonym szczycie. Kiedy to zobaczyliśmy, najpierw zrobiło nam się słabo, a potem rzeczywiście mocno przyśpieszyliśmy ruchy, dzięki czemu kolejne dwie drabinki zrobiłam w wyjątkowo rekordowym tempie. A serak? Rzeczywiście pękł. Wprawdzie nie od razu, tylko 10 minut później i na szczęście w momencie kiedy nikogo w zasięgu walącego się lodu nie było. Drabinka oczywiście została zniszczona, poręczówki  przysypane.


Swoją drogą niesamowite jak Ice Fall się zmienił od momentu kiedy przechodziliśmy go po raz pierwszy (ponad miesiąc temu). Trudno się dziwić - w związku ze zbliżającym się monsunem i mocno grzejącym w ciągu dnia słońcem, lodowiec błyskawicznie się wytapia. Wąskie wtedy szczeliny zrobiły się szerokie, przybyło mnóstwo nowych, nie mówiąc że szlak wspinaczkowy jest sporo zmieniony. Wtedy drabinki były sporadycznie, teraz są ciągle. Najgorsze, że trudno im obecnie ufać, bo lodowiec coraz mocniej pracuje, topnieje, rusza się, a wraz z nim niestabilne są owe drabinki. Tak na marginesie to widzieliśmy sporo lodowych śrub, które wcześniej były solidnie osadzone w lodowych blokach, no ale lód się wytopił i śruby zwisają sobie teraz bezużytecznie, zupełnie nie spełniając swojego zadania. Nic więc dziwnego że przejście niektórych drabinek to niezłe wyzwanie – chwieją się, ruszają, pochylają, trudno więc utrzymać na nich równowagę.


Przejście Ice Fallu jest niebezpieczne i męczące (nawet przy schodzeniu), ale mimo to jest to mój ulubiony fragment we wspinaniu na Everest. Tym razem to już był ostani raz . Wraz z dojściem do bazy dotarło do mnie, że teraz wreszcie mogę się cieszyć ze zdobycia Góry Gór. No to się cieszę!


W bazie – z naszej ekipy nie ma już nikogo. Wszyscy zeszli w dół… Za to mieliśmy bardzo miłe powitanie przez Szerpów. Gratulacje, „misiaczki”, sok na powitanie… Zaraz potem dorwaliśmy się do telefonów, bo wreszcie mamy zasięg w naszych komórkach! Ale fajnie było pogadać z Pawłem, zwłaszcza że dotychczasowy stres zastąpiła wreszcie świadomość, że już po wszystkim.

A potem była kolejna przyjemność na którą z utęsknieniem czekałam – wykąpałam się. Trudno sobie wyobrazić, ile radości może dać zwykły prysznic. A nawet jeszcze nie zwykły, co ten zaimprowizowany, "polowy" (zużyłam cały termos nagrzanej wody, choć normalnie jeden termos starczał na dwie osoby). I jeszcze czyste ciuchy. No i czapkę wreszcie mogę zdjąć (to że cieplej niż u góry to jedno, ale wreszcie mam czyste włosy) :)


 

24 maja, 51 dzień wyprawy
Zejście z obozu IV (7900 m) do II (6400 m)
Duszę się!


Mój kaszel i ataki duszności dzisiaj osiągnęły apogeum. Mało tego – stały się przyczyną sytuacji wyglądającej na dość groźną.
Zaczęło się w nocy. Teoretycznie spaliśmy pod tlenem, bo to już przecież trzecia noc w tzw. strefie śmierci, więc żartów nie ma. Poza tym butle ciągle jeszcze nie opróżnione, więc do znoszenia ciężkie, tak więc do wyboru zostaje albo ten tlen wykorzystać, albo odkręcić zawór i wypuścić tlen w powietrze (bez sensu). Tyle, że z moją butlą zaczęło się dziać coś nie tak. Albo raczej nie tyle z butlą, co z regulatorem, nie podającym mi powietrza jak trzeba. Noc w plecy, bo nie byłam w stanie spać, ani nawet leżeć - co chwila się krztusiłam i jedyną możliwość, aby jakoś oddychać bez utraty tchu i sił stwarzała mi pozycja półsiedząca. W pewnym momencie obudziłam nawet Dana, bądź co bądź naszego lidera, mówiąc mu że mam problem, bo nie ma różnicy pomiędzy oddychaniem z maską i bez, ale Dan stwierdził, że na pewno jest okej i spał dalej. Tymczasem rano okazało się, że mimo że jestem niedotleniona i ogólnie ledwo żywa, według wskaźnika na butli zużyłam ponad jej połowę, czyli ewidentnie coś nie tak.

Oczywiście jak już się wszyscy pobudzili, zmieniłam butlę i regulator i… było już w porządku. Mogliśmy schodzić…

Z tym schodzeniem to wcale nie było tak prosto. Osłabiona po nocy już na  samym początku zostałam w tyle, podczas gdy koledzy wyrwali do przodu. Gonić ich nie mogłam, bo zaraz po wyjściu z obozu dopadł mnie krwotok z nosa, a kiedy go już zatamowałam, znowu zaczęły się ataki kaszlu. Przy Żółtych Wstęgach (wysokość ok. 7700 m) zaczęłam się na poważnie dusić. Akurat na tym odcinku schodziłam z Danem, który wydarł się nawet na mnie, że to nie dobre miejsce na postój i żebym złaziła niżej! Nie dobre miejsce? Jasne, fatalne, ale przecież nie chodziło o odpoczynek jako taki, tylko ja naprawdę nie mogłam złapać powietrza! Boże, to było coś strasznego. W odruchu desperacji staram się zerwać wszystko co miałam na szyi, a co jak mi się wydawało, ograniczało mnie w złapaniu oddechu (od buffa po sznureczek na szczęście od lamy). Równocześnie chciałam zdjąć dość ciężki plecak, co jednak na skalnej stromiźnie było mocno skomplikowane. Tymczasem Dan się wkurzał że się grzebię i dopiero po moim pełnym rozpaczy „Help me!” dotarło do niego, że naprawdę mam problem i ruszył się z pomocą polegającą na odciążeniu z tego cholernego plecaka. Po kilku minutach jakoś wreszcie doszłam do siebie i poczułam jakie to dobrodziejstwo móc znowu oddychać pełnią płuc. Tak się cieszyłam, że już nawet nie żal mi było moich ulubionych gogli oraz rękawicy, które w zamieszaniu poleciały w przepaść.


Od tej pory było mi już jednak tylko łatwiej. Po tym kryzysowym ataku, następne były już dużo mniej męczące. Ale… Powiem szczerze, miałam podświadome wrażenie, że ten kaszel i duszenie się, trafiły mnie celowo – dokładnie takie dolegliwości miała moja Mama na krótko przed śmiercią spowodowaną rzadką chorobą zwaną zwiotczeniem płuc (inaczej mówiąc: stopniowy zanik płuc, na co właściwie nie ma ratunku – chory umiera w wyniku uduszenia się). Całą rodziną współczuliśmy Mamie, ale nikt z nas, ludzi ją otaczających, nie miał chyba wyobrażenia jak męczące były te Jej ataki. Teraz przekonałam się o tym na sobie. Okropne doświadczenie, ale może Mama chciała abym ten jeden jedyny raz (bo zakładam że więcej się to już nie powtórzy) odczuła to na sobie, aby tym samym lepiej zrozumieć pewnej Jej zachowania w czasie choroby? A może to tylko moja nadinterpretacja?

Zejście po Ścianie Lhotse było już właściwie bezproblemowe. Dan odbił jeszcze do obozu III, ja zeszłam od razu do dwójki, gdzie z ogromną przyjemnością zdjęłam wreszcie swoje puchowe ciuchy i ciężkie buciory, po czym dorwałam się do zachowanych na specjalne okazje polskich kabanosów. Jeju, trzeba  mi było przyjechać w Himalaje, aby poczuć jakie dobre te nasze kabanosy!



23 maja, 50 dzień wyprawy
Z obozu IV (7900 m) na szczyt (8849 m), powrót do czwórki (7900 m)
Hurra! Udało się!

Na szczycie!Wystartowaliśmy z obozu IV, czyli z Przełęczy Południowej (7900 m) około 20.30. Teraz jest taki właśnie trend – wspinaczka nocą, kiedy fakt, temperatury są niższe niż za dnia, ale za to ma się rezerwę czasową na powrót za widoku, tym bardziej że jeśli wszystko idzie dobrze, wraca się do obozu jeszcze w pierwszej połowie dnia, unikając  zmian pogodowych w kapryśne popołudnia. No dobra, to lecimy z relacją:


Nie wiem czy to stres, ale początkowo wszystko idzie nie tak. Scott na przykład dostaje biegunki, ja z kolei najpierw nie mogę znaleźć rękawiczki, potem mam  problem z właściwym zapięciem uprzęży, a jak już jestem niby-gotowa, okazuje się że mam źle wpiętego raka. Tak naprawdę to mam ochotę wrócić do namiotu i położyć się znowu do ciepłego śpiwora. Na cholerę mi to? Męczyć się, ryzykować własne życie…
-Weź się w garść, bo jak tak dalej pójdziesz to nigdzie nie wejdziesz
– krzyczę na siebie w myślach i… pomaga. Od tej pory jestem już skoncentrowana, a mój mózg może skupić się już wyłącznie na narzucaniu rytmu: safety (wpięcie karabinka w poręczówkę), jumar, krok; safety, jumar, krok. A co kilka kroków – odpoczynek, bo inaczej się na tej wysokości nie da.


Noc jest całkiem jasna. Księżyc zbliża się do pełni, gdzieś na horyzoncie, po stronie tybetańskiej, niebo rozświetlają błyskawice. Patrzę na nie trochę z niepokojem, bo wolałabym nie mieć do czynienia z burzą, zwłaszcza będąc na grani lub na szczycie, na dodatek z butlą, która cholera wie, czy nie ściąga piorunów. Na szczęście burza przechodzi bokiem i jedyne światła jakie od tej pory zaprzątają moją uwagę, to światełka czołówek tych, co idą przed nami.

Tak naprawdę tej nocy, a potem – dnia, niewiele ludzi jest na Evereście. Od nas – piątka: ja, Kieran, Scott i dwóch Szerpów – Jangbu i Mimgba (Dan odpuścił – nie wyszedł w ogóle z obozu IV, zostając w namiocie). Początkowo idziemy razem, potem jednak każdy porusza się swoim tempem, spotykamy się co najwyżej w trakcie odpoczynków.

Najgorszy jest dla mnie pierwszy odcinek – od Przełęczy Południowej do tzw. Balkonu (8400 m n.p.m.). Mozolna wspinaczka po dość stromym stoku, po części – wąskim, skalnym kuluarem. Kaszel który mnie męczy, nie ułatwia mi zadania. Kiedy wreszcie docieram na Balkon kaszlę bez przerwy chyba z 5 minut. Scott który to widział, przyznał potem że nie dawał mi w tym stanie szans z wejściem na szczyt.

Potem męczący kaszel mi trochę odpuszcza (ok, pomagają w tym leki), a wspinanie staje się może nie tyle prostsze, co ciekawsze, bo po grani. Z obu stron stromizny, jedna strona nepalska, druga tybetańska. Przypominam sobie, że w Wikipedii porównują ową grań do ostrza noża, podając że z jednej strony w razie niefortunnego obsunięcia się, można polecieć 2400 m w dół, z drugiej, bagatela, 3050 m. Może dobrze, że jest ciemno i niewiele widać? Z drugiej strony jakoś specjalnie przerażona nie jestem - w końcu to góry, więc stromo czasem być musi. Profilaktycznie jednak uważam, zwłaszcza z wpinaniem się we właściwe poręczówki. Wiele lin pochodzi z ubiegłych lat, a te bezpieczeństwa nie gwarantują.

Po drodze przykre doświadczenie – omal nie wchodzę na leżący tuż obok przetorowanej w śniegu ścieżki, przypięty do poręczówki "kształt". Początkowo nie wiem - co to? Worek? Stary namiot? Oświetlam „kształt” latarką. Nie, to leżący człowiek! Zasnął? Jangbu który nagle wyrasta przy mnie z mroku, krzyczy mi do ucha przekrzykując wiatr:
-On nie żyje. Zmarł dzień wcześniej…
Dopiero po zejściu dowiaduję się że to 33-letni wspinacz z Korei Południowej. Nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że nikt mu nie udzielił pomocy, nie sprowadził w dół.
- Schodził sam. Nikogo już na grani wtedy nie było…- słyszę tłumaczenie.

Dziwne że go tak po prostu zostawiono – leży twarzą w śniegu, w miejscu gdzie trzeba przepiąć się z poręczówek,  tak że trzeba uważać aby niechcący go nie podeptać. Smutne… Wszyscy go mijają, widząc w nim po prostu przeszkodę, a nie człowieka. :(

Myślę o Koreańczyku, ale tylko przez chwilę. Potem dopiero (ale to już na dole) przychodzi refleksja – jak bardzo człowiek na tej wysokości obojętnieje na śmierć. A może nie tyle obojętnieje, co skupia się na sobie, na tym by samemu nie dostać się w jej szpony, nie zrobić jakiegoś tragicznego w skutkach błędu, kontrolować swoje siły i realnie oceniać możliwości. Idę więc i znowu wpadam w opanowany już dobrze rytm: safety, jumar, krok, safety, jumar, krok. Marzną mi ręce – coraz częściej przystaję właściwie nawet nie dlatego że muszę odpocząć, tylko dlatego by rozetrzeć dłonie i przywrócić w nich krążenie.

Mija ileś godzin – nie wiem ile, bo tracę poczucie czasu, a dostać się do mojego Timexa ukrytego pod ilomaś warstwami rękawów i rękawic, nie jest łatwo. W końcu zaczyna się rozwidniać. Widzę szpiczasty wierzchołek, który biorę za swój cel, ale gdzie tam, kiedy pełna euforii jestem już blisko, uprzytamniam sobie, że to dopiero Wierzchołek Południowy, a do szczytu mam jeszcze spory kawałek. Nie jest jednak źle – nie wiem czy to dawka żelu energetycznego którą wtrząchnęłam w międzyczasie, czy też przepięknie oświetlone wschodzącym słońcem góry sprawiają, że idzie mi się dużo lepiej niż na starcie z obozu.

Stopień Hillary`ego.Trochę adrenaliny dostarcza mi znajdujący się już na wysokości 8760 m Stopień/Ukok Hillary`ego (Hillary Step) – 12 metrowa skała uznawana za najtrudniejszy odcinek w zdobywaniu Everuestu. Fakt, wymaga trochę technicznego wspinania, ale po licznych opowieściach na jej temat spodziewałam się mimo wszystko większych trudności. Ekspozycja jednak jest, całkiem niezła – bez poręczówek dających przede wszystkim psychiczne wsparcie, byłoby nieciekawie. No i ten niedobór tlenu – trochę wysiłku i człowiek dyszy jak lokomotywa…

Przed samym szczytem postanawiam zaczekać na Mimgbę. Koledzy są przede mną, Jangbu – szef naszych Szerpów, również, podejrzewam więc, że Mimgbie może być głupio, że został w tyle. Czekam dość długo – 5 minut, 10... Zastanawiam się nawet, czy się nie cofnąć by nie zobaczyć co się z chłopakiem dzieje, ale w tym momencie zaczepia mnie jeden ze schodzących ze szczytu wspinaczy i słyszę wypowiedziane po polsku:
- Cześć Monika!
Z rozpoznaniem mnie nie ma problemu –  mam na głowie czapkę z biało-czerwoną flagą. Z kolei chłopak naprzeciwko mnie to Piotrek Cieszewski. Pytam czy nie wie co z resztą "naszych" – okazuje się że z całej naszej 7-osobowej polskiej ekipy atakującej od strony nepalskiej tylko nam się udało. Najbardziej żal mi Olgi - dzielna dziewczyna za którą bardzo trzymałam kciuki, bo Everest potrzebny jej do Korony Ziemi.

Po krótkiej rozmowie Piotrek schodzi w dół, za to pojawia się Mimgba. Mniej więcej o 5.45 czasu nepalskiego (polskiego to coś około 1-ej w nocy), staję na wierzchołku Everestu, zmarznięta i ledwo żywa, ale nie powiem – szczęśliwa. Z tym „ledwo żywa” to prawie dosłownie, bo niestety pod szczytem mój kaszel znowu dał o sobie znać, wyczerpując mnie totalnie. Ale co tam kaszel przy entuzjastycznym powitaniu przez naszych kolegów, którzy weszli jakiś kwadrans wcześniej. Cieszymy się, robimy pamiątkowe zdjęcia. Widoki obłędne, a tu jak na złość aparat wskazuje że moja bateria zamarzła. Z wewnętrznej kieszeni puchowej kurtki wyjmuję drugą. Też prawie na wyczerpaniu, ale na kilka zdjęć malutkim Samsungiem starcza. Jangbu, który jest na Evereście 14 raz, zna więc na pamięć wszystkie okoliczne szczyty, pokazuje:
- Tamta góra to Makalu, a tamta – Dhaulagiri. O, a tam, daleko, Kanchendzonga…



Flagi modlitewne na szczycie. Jestem na szczycie z kwadrans – więcej i tak bym nie wysiedziała ze względu na wiatr i zimno. Poza tym rozsądek nakazuje schodzić – zejście jest przecież trudniejsze niż wejście, bo jest się zmęczonym, a nigdy nie wiadomo co się wydarzy i czy na pewno starczy tlenu.

Schodzę bardzo uważnie – zdobycie szczytu uważa się za udane dopiero po szczęśliwym powrocie do obozu (właściwie to do bazy). Najłatwiej o wypadek przy mijaniu się z tymi co wchodzą – są momenty kiedy nie za bardzo można wpiąć w poręczówkę. Wystarczy zahaczenie rakiem o nogawkę spodni i można polecieć. Natomiast Stopień Hillary`ego to już teraz czysta przyjemność – pokonuję go w ciągu kilkunastu sekund zjeżdżając sobie na ósemce i współczując grupce skośnookich wspinaczy, którzy z lekkim przerażeniem stoją na dole, wiedząc że zaraz muszą wspinać się po tych skałach do góry.

Na Balkonie, z którego mamy dobry widok na położony 500 m niżej (w pionie) obóz IV, wymieniam opustoszałą już prawie butlę z tlenem (nowa, pełna, czekała tam zasypana w śniegu). Przy okazji jeszcze raz spotykam Piotrka Cieszewskiego. Robimy sobie wspólne zdjęcie, rozmawiamy. Potem wszyscy schodzą, ja zostaję jeszcze na kwadrans aby pobyć sam na sam z górami i pogadać z Mamą. Na samym szczycie nie było warunków, ale stąd wciąż mam blisko do Nieba,a zakładam że tam Mama teraz przebywa. Mama nie była zachwycona tą wyprawą, nie przepadała za moimi wyjazdami w góry, ale liczę, że teraz się cieszy i jak to Mama, pewnie jest ze mnie dumna. Mój monolog skierowany do Mamy trochę trwa. Mówię jej wszystko to, czego nie zdążyłam powiedzieć przed śmiercią.


Potem rozmawiam jeszcze z Marcinem Kurasiem (więcej o nim: www.marcinkuras.pl). Gdyby żył, może też kiedyś by się wspiął na Everest. Macham Mu, bo obiecałam to Krzysztofowi, jego chrzestnemu. Skoro Marcin był dobrym, wartościowym chłopakiem, to też pewnie jest w Niebie, a jak jest w Niebie to pewnie patrzy na Everest…

Przez cały czas mojego schodzenia ze szczytu jest piękna, słoneczna, praktycznie bezwietrzna pogoda. Nawet przez moment sobie myślę, że to  zasługa mojej Mamy i Marcina – gdzieś tam na wysokościach odpowiednio zadziałali. :)

Chciałoby się jeszcze posiedzieć, no ale tłumaczę sobie, że nikt mnie do obozu nie zaniesie. Wydaje się że to blisko, ale to tylko złudzenie. Na dodatek moje kolana stromych stoków nie lubią. Nie tylko moje – szybko doganiam Kierana, który wyraźnie ma dość. W obozie jesteśmy około 10-tej. Nasze 13 godzinne szczytowanie można uznać za zakończone. Zaraz potem z pożyczonego od Dana telefonu satelitarnego dzwonię do mojego męża.
- Hej, udało się! – krzyczę.
Paweł się cieszy nie mniej niż ja – ostatnie dni, kiedy nie było ode mnie żadnych wiadomości, musiały być dla niego szczególnie stresujące. Teraz wreszcie może odetchnąć z ulgą.


A tymczasem w obozie trwa dyskusja – schodzimy niżej, pewnie do trójki, czy zostajemy w czwórce? Okazuje się, że mamy całkiem spore zapasy tlenu, tak więc postanawiamy zostać, odpocząć i następnego dnia zejść już od razu do dwójki.



22 maja, 49 dzień wyprawy, około południa
W obozie IV (7900 m), wyjście na szczyt
Poranny gość, zgubiona plomba i – kolejne ofiary


Jakoś sobie nie przypominam, bym miała w swoim dotychczasowym życiu dzień takiego totalnego lenistwa – zawsze coś sobie znajdę do roboty. Ale tu jest inaczej. Dziś właściwie nie robię nic poza spaniem, leżeniem, jedzeniem, rozmyślaniem, znowu jedzeniem, piciem  i znowu – spaniem. "Rest" na całego, a dokładniej zbieranie sił na wieczór, bo gdy tylko ucichnie wiatr (ok. 20) wyruszamy na szczyt. Tymczasem wieje koszmarnie. Rozumiem że jesteśmy na przełęczy, czyli normalne, że wieje, no ale czy musi aż tak?


Czy się boję? Pewnie że tak, ale staram się za dużo nie myśleć.


Leżąc próbuję mentalnie przygotować się do ataku na Górę. Boże, żeby się udało… Co i rusz sprawdzam, czy oby na pewno mam ze sobą „wspomagacze szczęścia”. Wstążeczka od lamy zawiązana na szyi – jest, tybetański kamień zi od Krysi (pozdrawiam!) – też jest. No i jeszcze bezgłośna rozmowa z Mamą… Proszę Ją, że skoro jest tam, wysoko, w Niebie (bo moja Mama nie może być gdzie indziej, tylko tam), niech mnie zwłaszcza tej nocy kontroluje i prowadzi.


Trudno jednak o specjalny optymizm, skoro przed chwilą głowę do naszego namiotu wsadził Jangbu i jak zwykle w takich sytuacjach „w wielkiej tajemnicy” wyjawił, że w sąsiednim namiocie (!) odkryto właśnie zwłoki 35-letniego chłopaka z Bangladeszu. Wszedł na szczyt dzisiaj rano, zszedł do obozu, położył się do namiotu i… właśnie go znaleziono. Żeby nie siać paniki, profilaktycznie się o tym nie mówi, ale właśnie trwa konspiracyjna akcja wynoszenia go z namiotu żeby znieść ciało w dół. Mało tego – to nie jedyna ofiara dzisiejszego ataku szczytowego – na wysokości ok. 8500 m zmarł wspinacz koreański (Korea Płd.). Jego ciało póki co gdzieś tam leży.

Niestety, tutaj organizmy reagują inaczej niż w normalnych warunkach (czytaj: niżej). Mieliśmy tego próbkę dzisiaj o świcie. Nie było jeszcze piątej, kiedy obudził mnie Dan, a właściwie jego rozmowa z nieznanym mi Szerpą, siedzącym w przedsionku naszego namiotu. Facet wyglądał dość dziwnie – w rozerwanym kombinezonie, bez butli z tlenem, z którą nie wiedział co się stało. Do tego błędny wzrok i bełkot przy odpowiedziach na pytania (odpowiadał półsłówkami, ale ogólnie to milczał)… Dla mnie był to ewidentny przykład choroby wysokościowej, choć mieliśmy też podejrzenia że może gdzieś spadł, a w wyniku urazu głowy, niczego nie pamiętał? Dan wydobył z niego, że jest z agencji, która ma w obozie swoich ludzi, ale które namioty do nich należą, nie wiedzieliśmy (dziwny gość też nie pamiętał). Napoiliśmy faceta zagotowaną specjalnie dla niego herbatą, ogrzaliśmy, podaliśmy tlen i właśnie zastanawialiśmy się co zrobić z nim dalej (opcja jak najszybszego sprowadzenia w dół), kiedy on, nagle, ni stąd ni zowąd wstał, wyszedł i zniknął w którymś z namiotów. Cóż, zakładamy, że opiekę przejęli jego koledzy.



Po południu
Na okrągło gotujemy, żeby się nawodnić. Przed chwilą zjadłam pyszne ragout grzybowe – jeden z moich liofilizatów (proszkowane obiady). Niesamowite jak się zmienia technologia przygotowywania takiego jedzenia – jeszcze jakiś czas temu ze względu na „plastikowy” smak  nie dawało się prawie „liofów” jeść, a teraz proszę, przynajmniej te, które mam (szwajcarski producent: Trek`n`Eat) są naprawdę super (łosoś w pesto i inne).

W międzyczasie wybrałam się na „spacer”. Nawet nie tyle chciałam, co musiałam, bo skłoniła mnie do tego poważna potrzeba fizjologiczna (na mniej poważne rozwiązaniem jest butelka). W każdym razie załatwienie się na tej wysokości nie jest wcale proste. Już pal sześć że nie ma gdzie, bo żadnych latryn nie przewidziano, a przełęcz z obozem to pustkowie bez żadnych skał zapewniających namiastkę intymności. Jedyne co zostaje to odejść kawałek (daleko nikomu się chodzić nie chce, o czym świadczy usiana odchodami okolica) i nie przejmując się czy ktoś patrzy, czy nie, kucnąć i robić swoje. Ja na przykład kucając uśmiechałam się do machających do mnie Argentyńczyków, przy czym uśmiech wynikał nie tyle z sympatii do nich, ile ze szczęścia, że po wyczerpujących zabiegach, udało wreszcie mi się odpiąć szelki moich puchowych spodni. Ale co tam – drobiazgami, takimi jak obserwatorzy, nikt się nie przejmuje. Najgorsze jest samo ubranie się i wyjście z namiotu, bo ciasnota straszna (mały namiot, trójka lokatorów), a do tego jeszcze akcja gotowania wrzątku, no i do tego na tej wysokości każda czynność to problem i od razu zadyszka. Pozostaje jeszcze pytanie, czy zabierać z sobą butlę z tlenem czy nie. Wczoraj wieczorem poszłam bez i zasapałam się strasznie, tak więc dzisiaj wygramoliłam się „z”. Ja akurat butlę dzierżyłam pod pachą, ale wiele osób sprytnie zawiesza je sobie tak jak plecak, za pomocą linek na plecach.


W każdym razie jak już się wygrzebałam z namiotu, to pomyślałam sobie, że podejdę na drugą stronę przełęczy i zrobię trochę zdjęć widoków na Tybet. O kobieca naiwności! Kiedy już się tam noga za nogą doczłapałam, całą okolice spowiła nieprzenikniona mgła.


Widoków nie było, ale bliskie plany jak najbardziej były widoczne. Mam na myśli śmietnik jaki tworzy obóz IV. Ponieważ większość ekip już się przez to miejsce przewinęła i zeszła w dół, pozostały podarte namioty, połamane stelaże, puszki – puste lub nawet nieotwarte (niektóre pordzewiałe, pewnie leżące od wielu lat), mnóstwo torebek i papierzysk, zużyte naboje gazowe, puste butle tlenowe… Za zniesienie tych ostatnich rząd nepalski płaci Szerpom od 60 do 100 dolarów za sztukę, co sprawia, że te na zakończenie sezonu raczej znikają, gorzej z pozostałymi śmieciami. Może jednak coś się w tej kwestii polepszy, bo ponoć jest już specjalna ekipa Szerpów mających za zadanie pod koniec maja sprzątanie po wszystkich.



Około 18-tej
W garnku roztapia się śnieg na herbatę do termosów. Za jakieś dwie godziny wychodzimy.


Już się spakowałam. Starałam się oczywiście aby mój plecak był na maxa lekki, tak więc wyjęłam z niego nawet usztywniający stelaż, no ale mimo wszystko troszkę waży. Sama butla z tlenem to 4 kg, termos i butelka z piciem – kolejne 2 kg, batony i żele energetyczne, do tego polar, mini-apteczka (glucardiamid, dexametazon w tabletkach i zastrzyku, przy czym ampułka do wstrzyknięcia została ukryta w kieszeni wewnętrznej kurtki, by nie zamarzła), flaga polska i kilka innych drobiazgów (mój misiek z napisem "Polska" - maskotka od mojego męża, która wszędzie ze mną jeździ, część wyprawowego stempla, szarfa otrzymana od buddyjskiego lamy na szczęście). A do tego kilka „liścików” które napisałam (po kilka zdań „od serca”): do Taty, Pawła (mego męża), Adasia – mojego chrześniaka i Szymona – siostrzeńca, a także do dzieciaków z zaprzyjaźnionego Domu Dziecka w Chotomowie i Pawła Micorka z Braniewa - niepełnosprawnego chłopaka, który codziennie ma do pokonania jakieś „Everesty”, a mimo to emanuje wyjątkowo pozytywną energią. Mam nadzieję że te kilka słów które im napisałam, a które jak los pozwoli, spróbuję wnieść na szczyt, będzie dla nich szczególną pamiątką, a może i inspiracją do realizowania z kolei ich pasji.

A z innych spraw – wypadła mi plomba! Wielka, z górnej siódemki, która teraz zieje głębią. To kara za moje łasuchostwo – Dan poczęstował mnie cukierkiem toffi, a chwilę później czułam że coś ten tofii taki jakby z kamieniem. Oczywiście tuż przed wyprawą (ostatni raz – dwa dni przed wylotem) byłam u pani dentystki i wyglądało na to że okej, ale jak widać amerykańskie cukierki są wyjątkowo lepkie.


Rozumiem że coś takiego może się zdarzyć, tylko dlaczego akurat teraz, tuż przed wyjściem na atak szczytowy? Ze względu na ryzyko że mnie ten ząb szybko rozboli, a każdy „przeciąg” w jamie ustnej może zaowocować nieprzyjemną reakcją na zimno, zastanawialiśmy się co z tym fantem zrobić. Dan zasugerował, żebym, podobnie jak swoje pokaleczone palce, zakleiła ten ząb klejem Superglue. Wystarczył mi jednak rzut oka na skład kleju (związki cyjanu) i uznałam, że to chyba nienajlepszy pomysł. Ostatecznie założyłam wariant optymistyczny: może nie będzie boleć. A jak będzie? Na wszelki wypadek do apteczki na szczytowanie dorzuciłam mocne tabletki przeciwbólowe.

 



21 maja, 48 dzień wyprawy
Z obozu III (7000 m) do IV (7900 m)
Żółte Wstęgi i widoki


Kurde, tu się naprawdę dostaje w kość…

Męczący dzień. Jak się rano spojrzało z  perspektywy naszych namiotów, wyglądało na to że dojście z trójki do czwórki to w sumie niedaleko, szybko przeskoczymy, a tymczasem szliśmy, szliśmy, i miałam wrażenie że nigdy do celu nie dojdziemy. Nawet tlen nam zbytnio nie pomógł, bo fakt, oddycha się łatwiej, ale mimo wszystko nie jest to doping  pozwalający na bardzo szybki marsz.

No właśnie, pierwszy dzień na tlenie. Butle dostaliśmy już wczoraj. Ne powiem - kusiło nas ze Slavo (tej nocy dzieliliśmy razem namiot), aby w czasie snu trochę się dotlenić. Tak troszeczkę, choćby ustawiając jedynie mały przepływ, dla lepszego spania. Ostatecznie uznaliśmy jednak, że to trochę obciach – 7000 m to jednak „żadna” wysokość (przynajmniej nam się tak wydaje).

Za to rano z obozu wyszliśmy już z butlami. Fakt, na małym przepływie (przynajmniej u mnie), ale jak widzimy - wszyscy od trójki chodzą już na tlenie, dwa – po dyskusjach uznaliśmy że lepiej przyzwyczajać się do chodzenia w masce teraz, a przy okazji można taki zestaw (butla, regulator, maska) dokładnie sprawdzić. Poza tym co tu nie mówić, pokonywanie kolejnego odcinka Ściany Lhotse, a potem położonych wyżej, niezbyt fajnych do wchodzenia, skał Żółtej Wstęgi (faktycznie tworzą żółtawe paski), a na koniec jeszcze trochę skalnej wspinaczki przed obozem IV, daje trochę w kość, szkoda więc byłoby się „zajeżdżać”, jeśli nie ma takiej konieczności. Lepiej mieć więcej sił do atakowania szczytu.

Wspomniałam o przepływie tlenu. Otóż butle (przynajmniej te nasze, made in Russia) mają kilka możliwości regulacji – 0,5, 1, 2, 3 i 4 co oznacza ilość litrów przepływających w ciągu minuty. Im więcej, tym łatwiej się oddycha, ale też szybciej zużywamy owy tlen, a każda butla to 350-500 dolców (cena zależy gdzie kupujemy i czy to nówka sztuka, czy już używana). No więc dziś rano na wyjściu z obozu Dan ustawił mi przepływ na 0,5. Myślałam że wszyscy tak mają. W każdym razie czułam się dobrze, z kondycją super, idziemy pod górę, a tu mimo wszystko w tyle trochę zostaję. –Oj, coś nie dobrze… - stwierdziłam, denerwując się że jestem zbyt słaba. Zagadka wyjaśniła się w trzeciej godzinie, kiedy przystanęliśmy na odpoczynek. Okazało się że tyko ja zasuwam na tym 0,5, wszyscy inni (włącznie z Danem) mają ustawioną dwójkę. Drobna różnica…

A tak w ogóle to dzień rozpoczął mi się od lekkiego wkurzenia. Poszło o śniadanie. Ja jeśli nic rano nie zjem, albo zjem za mało, po prostu nie funkcjonuję. Nie mam energii i już. Jeszcze wczoraj wieczorem rozmawialiśmy o tym ze Slavo podczas gotowania kolacyjnej zupy, umawiając się że rano coś tam ugotujemy. Tymczasem rano, kiedy zabraliśmy się do wymiany zużytej wczoraj butli gazowej (nowy kartusz miałam przez całą noc w śpiworze, żeby rano wydajnie działał), okazało się że stara przymarzła do palnika i nie chce się odkręcić, nie mówiąc o tym, że i po śnieg do gotowania trzeba byłoby z namiotu wypełznąć. I wtedy mój kolega oświadczył, że właściwie to on gotowaniem zainteresowany nie jest, bo jeść śniadania nie musi, a do picia w trakcie wspinania, ma jeszcze wodę zagotowaną wieczorem. Ja jak na złość wodę z wieczora wypiłam w nocy, bo ciepły płyn to mój sposób na tłumienie ataków kaszlu. Na szczęście w sukurs jak zwykle przyszedł niezawodny Kieran, który akurat kończył gotowanie dla siebie i Scotta, ale stwierdził że no problem – ugotuje i dla mnie. Kwadrans później dostałam garnek wrzątku do zalania liofilizowanego musli i zrobienia sobie herbaty do termosu.

A co do Slavo, to dzisiaj nasze drogi się rozeszły. Dosłownie, choć nie mam  na myśli tego nieszczęsnego śniadania, bo ogólnie to Slavo jest w porządku. Ponieważ Slavo atakuje Lhotse, jego ostatni obóz jest gdzie indziej niż nasz. Po prostu w pewnym momencie, ci na Lhotse odbijają na prawo, ekipy na Everest na lewo.

W międzyczasie mieliśmy jeszcze przymusowe oglądanie akcji ratunkowej z użyciem helikoptera. Przymusowe, bo i tak nie było szans aby kontynuować wspinanie  – wstrzymano ruch na poręczówkach. Brzmi to jakbym mówiła o autostradzie, ale trochę tak to wyglądało – w górę co prawda szło zaledwie kilka osób, za to mnóstwo ludzi schodziło. Poza niektórymi miejscami, gdzie założone są dwie poręczówki (pewnie idea była taka, że jedna w górę, druga w dół, ale i tak wszystko się miesza), na ogół do użytku jest tylko jedna, co sprawia trochę problemów przy wymijaniu się (zwłaszcza na zlodzonych stromiznach).


No ale wracając do tego helikoptera… Ratowanym był chłopak który wspinał się na Everest, mimo że nie ma rąk. Szczyt zdobył z pomocą Szerpy, który przepinał go na poręczówkach i obsługiwał jumar. Problem w tym, że atak szczytowy trwał na tyle długo, że i niepełnosprawny wspinacz, i jego Szerpa, wykończyli cały swój tlen i omal nie umarli z wycieńczenia. Na szczęście wyruszyła po nich ekipa ratunkowa, ale i tak obydwaj byli w stanie poważnego zagrożenia życia. Finał był taki, że chłopaka postanowiono ściągnąć w dół helikopterem. Co z Szerpą – nie wiem.

A co do naszych Szerpów to do obozu IV szedł dziś z nami, wnosząc potężny ładunek różnego sprzętu, niejaki Mimgba. Na co dzień Mimgba jest rolnikiem, ze swoich małych poletek stara się wyżywić żonę i czwórkę dzieci, natomiast na wyprawę załapał się jako kucharz. Szansę wejścia na ośmiotysięcznik Mimgba ma po raz pierwszy – nigdy na takich wysokościach nie był. Jak na razie radzi sobie bardzo dobrze, zobaczymy jak będzie później (zdobycie Everestu to dla niego to wielka szansa, bo jak mu się uda, to będzie miał później łatwiej z załapaniem się na kolejne wyprawy). W każdym razie dzisiaj Mimgba miał już przedsmak, jak to może być na wysokości, gdyż zupełnie nagle skończył mu się tlen. Podejrzewamy że ma coś nie tak z regulatorem, ale nie zmienia to faktu, że od wysokości 7700 tlenu nie miał. Proponowałam mu kilkakrotnie, że będę się z nim dzielić swoim tlenem, ale odmawiał – pewnie uznał że Szerpie nie wypada korzystać z tlenu klientów. Kiedy jednak na wysokości 7800 zaczął opadać z sił i zataczać się, na propozycję przystał. Od tej pory mniej więcej co kwadrans przerywaliśmy wędrówkę, siadaliśmy i na 5-10 minut Mimgba dostawał moją maskę aby sobie pooddychał. Profilaktyznie szłam też za nim, pilnując czy nie traci równowagi i dobrze się przypina. Wlekliśmy się okropnie, ale naprawdę się o niego bałam  - w końcu Szerpowie też chorują (a czasem umierają) na chorobę wysokościową.

Póki co jesteśmy już w obozie. Tym razem śpimy po trzy osoby w namiocie. Ja z Danem i właśnie z Mimgbą (teraz już podłączonym do nowej butli). Przez moment był pomysł aby jeszcze dzisiaj, na noc, wystartować do ataku szczytowego, ale jednak odpuściliśmy… Stwierdziliśmy że lepiej się wyspać, zrobić sobie w ciągu dnia rest i dopiero jutro wieczorem wyruszyć w górę.



20 maja, 47 dzień wyprawy
Z obozu II (6400 m) do III (7900 m)
Znowu Ściana Lhotse

Chcąc uniknąć męki wspinania się w promieniach odbierającego siły słońca, wyruszyliśmy wspinać się na Ścianę Lhotse bladym świtem. I tak późno/wcześnie (jak zwał tak zwał), bo kiedy w nocy kładłam się spać, widać było na tym stromym zboczu światełka czołówek tych, którzy wybrali nocny wariant wspinaczki.

Przed wyjściem pożegnałam się jeszcze z Wiolą, która dzisiaj z kolei schodzi do Base Campu. Wiola zostawiła mi trochę liofilizatów, cukierki na kaszel i trochę innych przydatnych drobiazgów. Szkoda mi się było z nią rozstawać - fajna dziewczyna.

Z kolei już na Ścianie Lhotse, spotkałam Steve`a i Dave`a, naszych Mormonów, schodzących z noclegu w trójce. Trochę pogadaliśmy. Pytałam czy mają jakieś wieści od Adama. Nie, nie mają... Wiadomo tylko że Adam wyruszył do tego swojego drugiego ataku szczytowego już o 16-tej poprzedniego dnia! Bardzo wcześnie, nikt tak wcześnie nie startuje. Staram się myśleć pozytywnie, ale boję się o nigo.


Na dodatek przyszły niepomyslne wieści z Lhotse - ten Tajwańczyk, którego helikopter nie mógł ściągnąć, jednak nie żyje...  Mimo podawania mu tlenu i różnych form pomocy, nie udało się go uratować.


Późnym wieczorem:
Dostaliśmy z obozu IV informację o Adamie. Zdobył szczyt, szczęśliwie wrócił do namiotu. Uff! Z jego wejścia na Everest cieszę się szczególnie. Dziwna jednak sprawa, że mimo użycia tlenu, tak strasznie długo to trwało. Wyszedł na szczytowanie jako pierwszy ze wszystkich ekip, zszedł do czwórki jako ostatni, po 27 (!) godzinach! Normalnie zejście i wejście trwa ok. 12-14 godzin. Ciekawe, czy był aż tak bardzo osłabiony, czy też zaszły jakieś nieprzewidziane wypadki?



19 maja, 46 dzień wyprawy
Obóz II (6400 m)
Restu ciąg dalszy, nasi atakują


Po obiedzie
Dzisiaj nasi atakują! Mowa o pierwszej ekipie, czyli tych którzy nie byli z nami na reście i przez to wystartowali w górę wcześniej, celując w pierwszą fazę okna pogodowego. Niestety nie mamy z nimi kontaktu. Trzymam kciuki – za wszystkich, ale najbardziej za Wiolę walczącą na Lhotse.


W planach na dzisiaj mieliśmy (my, czyli reszta ekipy, atakująca w II rzucie) wyjście do obozu III, tak by 22-go atakować szczyt. Tyle że wczoraj Dan ogłosił  informację, a konkretnie prognozę pogody, że od południa jakoby ma być „Storm storm”. W tej sytuacji odpuściliśmy, uznaliśmy że żadna to frajda siedzieć w trójce w zamieci, lepiej więc przeczekamy, a szczyt zaatakujemy dzień później. Tymczasem jest piękna pogoda, bezchmurne niebo, a my siedzieliśmy wściekli, bo zmarnowaliśmy dzień. Na dodatek moim kolegom zebrało się na narzekanie odnośnie jedzenia – że ciągle to samo, ze bez smaku. Swoją drogą ja wybredna nie jestem, ale trudno się z nimi nie zgodzić. W efekcie każdy zaczął opowiadać, gdzie pójdzie się najeść po powrocie do Katmandu. Scott postawił na Mc Donald`sa, Slavo zamarzył o wołowinie w Stek House`ie, Kieran miał tyle pomysłów, że nie może się zdecydować na żaden konkretny, ja zaś stwierdziłam, że pójdę na  bazar i nakupuję owoców. No ale najpierw musimy do tego Katmandu wrócić.

A tymczasem znowu nad Lhotse lata helikopter… Jak nic jakaś kolejna akcja ratunkowa.


Wieczorem

Dziewczyny atakujące Lhotse już są w dwójce. Zmęczone, ale szczęśliwe, tym bardziej że weszły! Cieszę się nie mniej niż one, choć od początku widać było że mamy bardzo mocną ekipę! Również z naszych Everestowców na szczycie stanęli prawie wszyscy - nie udało się jedynie Adamowi. Szczegółów nie znamy, poza tym że jest bezpieczny, wrócił do obozu IV i szykuje się do ponownej próby. Zaskoczenie totalne – Adam, taki silny, doświadczony, drugi raz na Evereście (dwa lata temu nie udało mu się)... Z tym powtórnym atakiem to szalony pomysł, ale Adam jest uparty. Oby nie przeholował. Denerwujemy się, tym bardziej że ma iść sam, bez obstawy Szerpy.

Wiola opowiadając o wrażeniach ze szczytowania, wspomniała o siedzącym (!) na szczycie zmarłym wspinaczu. Zwróciła uwagę na jego zęby – wyszczerzone, śnieżnobiałe. Szokujący obrazek… Rozumiem że ciało ludzi kochających góry często w górach zostaje… Różne są powody – zbyt duże koszty akcji ratunkowej, filozofia że dzięki temu dusza takiego człowieka ciągle jest w miejscu ukochanym przez niego za życia… No ale czy rzeczywiście te zwłoki musza być tak wyeksponowane, w miejscu gdzie inni je oglądają i potem komentują, opowiadają, czasem z nich żartują? Rozumiem, że pochowanie w szelicie na takiej wysokości odpada, bo na ośmiu tysiącach szczelin nie ma, ale nie można byłoby choćby przysypać takiego ciała śniegiem, położyć kamień, zrobić coś w stylu śnieżnego grobu? Jakoś razi mnie, że o tym zmarłym z Lhotse mówi się po prostu „trup z białymi zębami”, zamiast pomyśleć: „to był fajny chłopak/ miał dwójkę dzieci / grał dobrze w piłkę” czy jakoś tak, bardziej po ludzku. Nikt nic o nim nie wie, nawet odnośnie jego narodowości są spory..

Dobra, zostawiam te "grobowe" dywagacje. Wieczorem znowu była integracja w namiocie chłopców. W tyle osób w jednym namiocie (w pewnym momenie była nas piątka) - przynajmniej jest ciepło. Chłopcy proponowali nawet by zostać u nich na noc, w trosce o mnie, że będzie mi cieplej (fakt, w moim namiocie w którym śpię teraz sama, w nocy tropików nie ma), a Kieran pognał nawet do mojego namiotu przynieść moje skarpetki do spania. Ostatecznie uznałam jednak, że dobra, cieplej będzie, ale także dla wszystkich mało wygodnie, grzecznie więc wróciłam do swojego domku, gdzie jeszcze przy świetle czołówki posłuchałam audiobooków.



18 maja, 45 dzień wyprawy
Obóz II (6400 m)
Rest i kamień z nerki


Myślałam że już jestem super zaaklimatyzowana, mimo wysokości będę więc spała w nocy jak zabita, ale gdzie tam… Problem w tym że śpiąc co chwila wpadałam w bezdech, nie mogąc złapać tchu dusiłam się, w efekcie się budziłam, po czym by dojść do siebie musiałam wykonywać kilka szybkich oddechów, a cały taki cykl wystarczał by się skutecznie rozbudzić i mieć problemy z ponownym zaśnięciem.


Tak jak już pisałam wczoraj, w obozie puchy – większość ekip jest już w górze. Po śniadaniu obserwowaliśmy przez lornetkę sznureczek ludzi pnących się z III do czwórki – taki ciągnący się po zboczu Ściany Lhotse tasiemiec.


Niestety, przed południem dotarła do nas wieść że jest kolejna ofiara Góry – tym razem od strony północnej (tybetańskiej). 35-letni Szerpa nepalski. Zginął wczoraj, podczas ataku szczytowego, na wysokości 8300 m. Mam wrażenie że większość z nas zaczyna powoli „obojętnieć” na tego typu informacje. Przynosi je zwykle Jangbu, szepce do ucha Danowi, Dan w największej tajemnicy mówi je komuś z grupy, a po chwili wiedzą już wszyscy, zaraz po przekazaniu informacji zajmując się czymś innym, jak np. słuchaniem dowcipów. Może ja reaguję inaczej ze względu na niedawną śmierć mojej Mamy, ale każda informacja o kolejnej ofierze sprawia, że zastanawiam się co to za człowiek, myślę też o dramacie jego rodziny. No i nienawidzę helikoptera – jego pojawienie się w większości wypadków oznacza przecież akcję ratunkową. Dziś helikopter pojawił się dwa razy. Pierwszy raz około południa, kiedy pomocy potrzebował jakiś Rosjanin, drugi raz około 15-tej, po mającego obrzęk mózgu Chińczyka, czy raczej Tajwańczyka. Z Tajwańczykiem problem polega na tym, że leży gdzieś na ok. 7800 m, a choć helikopter na taką wysokość dociera, ze względu na stromiznę wylądować nie może, tylko wyrzuca linę do której przymocowuje się poszkodowanego i tak wiszącego zabiera się do obozu II (6400 m). Niestety, z jakichś przyczyn patentu z liną tym razem zastosować się nie udało – azjatycki wspinacz został podobno zapakowany w tzw. Worek Gamowa (przenośna komora hiperbaryczna) i nie ma wyjścia – musi pozostać na wysokości starając się przetrwać do rana. Mam nadzieję, że wygra walkę o życie.

Po południu zaczęli pojawiać się pierwsi wspinacze wracający z ataku szczytowego. Łatwo ich rozpoznać – mimo grzejącego słońca idą w puchowych kombinezonach, rozchełstani (no bo gorąc). z uprzężą przy której pobrzękuje wspinaczkowy szpej. Wyczerpani, charakterystycznie się poruszają – noga za nogą, zobojętniali, na kilometr da się wyczuć że marzący głównie o tym, by się uwalić w swoim namiocie, zdjąć wysokogórskie buciory i wreszcie odpocząć.


No więc idzie taki człowiek, krzyczę więc do niego, pytając po angielsku, jak było? Biedak staje, patrzy na mnie i odpowiada. Po polsku! No tak, nie poznałam go – Grzesiek-GOPR-owiec. Uprzedził moje pytanie: Nie, nie wszedł. Z całej ich ośmioosobowej ekipy weszła tylko Ursula, ta sympatyczna Argentynka, która jest przewodniczką na Aconcagule. Dziewczyna silna, no ale co w tym wypadku okazało się najważniejsze – zaprawiona we wspinaczce przy silnym wietrze (bo Aconcagua z silnych wiatrów słynie). Na Evereście chłopaków pokonał właśnie wiatr… Strasznie żal mi było Grześka, bo bardzo chciałam aby mu się udało…


Również w ekipie indyjskiej było kiepskawo. Na 10 osób atakujących, szczyt zdobyły 3…

Popołudnie spędziliśmy integracyjnie – skorzystałam z zaproszenia Kierana i Scotta i wpadłam w gości do ich namiotu, a kiedy wydawało się, że jest już  bardzo ciasno, przyszedł do nas jeszcze Slavo. Rozmowy zdominował kamień Scotta. Tym razem nie żaden lodowcowy głaz tylko kamień nerkowy (raczej malutki kamyczek), "urodzony" w nocy. Scott jest z niego bardzo dumny i choć rozumiemy, że wydalenie czegoś takiego to bolesna sprawa, mamy niezły ubaw słuchając naszego amerykańskiego kolegi który teraz może o kamieniu mówić godzinami, oczywiście pokazując go z namaszczeniem każdemu, niezależnie od tego czy jest zainteresowany oglądaniem, czy nie . Kieran zaproponował by przekazać kamień do jakiegoś muzeum, bo przecież taki skarb wymaga specjalnego wyeksponowania.:)

Ostatecznie mając już serdecznie dość tematu kamienia, zmieniliśmy tor dyskusji na to jak kto się do Everestu przygotowywał. Zaczęliśmy ode mnie, a więc mówię że moje treningi to głównie bieganie i starty w półmaratonach, potem Scott, że on postawił na systematyczne ćwiczenia na siłowni… Doszlo do Kierana. Irlandczyk wzruszył ramionami:
- A ja to… Guiness – wypalił szczerze, mając na myśli narodowe piwo irlandzkie.
Może to jakaś metoda? Kieran, choć najstarszy z nas, kondycję ma bardzo dobrą.



17 maja, 44 dzień wyprawy
Z Base Campu do Obozu II
Zimno-ciepło

I znowu się udało. Mowa o Ice Fallu. Inna  sprawa, że teraz było łatwiej, bo byliśmy zaaklimatyzowani i wiedzieliśmy, co nas czeka i jak rozłożyć siły. W rezultacie przeszliśmy lodowy labirynt dużo szybciej niż za pierwszym razem.


Wyruszyliśmy o drugiej w nocy. Noc była stosunkowo ciepła i niemal bezwietrzna, choć w przeciwieństwie do poprzedniego razu – nie było księżyca i gwiazd, jako że niebo przesłaniały chmury. Z tego też powodu przez długi czas niewiele widzieliśmy na Ice Fallu. Dopiero o 4 rano, kiedy zaczęło świtać zobaczyliśmy lodowe bloki w pełnej krasie. Szczerze mówiąc myślałam że niektóre z nich, te największe i najbardziej podwieszone, a zapamiętane z poprzedniego razu, już się dawno zawaliły, ale gdzie tam. Co najwyżej jeszcze bardziej się pochyliły nad poręczówkami wzdłuż których się chodzi i jeszcze bardziej popękały, stwarzając coraz większe zagrożenie zwalenia się komuś na głowę. Inna sprawa że to akurat tylko mobilizuje, aby szybciej ten pełen zagrożeń Ice Fall pokonać – nawet z postojów na odpoczynek staraliśmy się rezygnować.


Zresztą w ogóle lodospad się bardzo zmienił – teraz jest zdecydowanie więcej drabinek, niektóre z nich wzbudzające sporo wątpliwości czy są dobrze przymocowane, na ogół pochylone i trzęsące się. Najgorsze są te łączone, np. po dwie, trzy, no bo stuprocentowej pewności że łączenie wytrzyma, oczywiście nie ma.

Pierwszy do obozu I dotarł z naszej ekipy Scott, ja wkrótce za nim. Ale to dopiero pierwsza część dzisiejszej drogi. W obozie I zrobiliśmy sobie półtorej godziny przerwy, tym bardziej że mogliśmy skorzystać z awaryjnie zostawionego namiotu. Aby się rozgrzać, roztopiliśmy trochę śniegu i ugotowaliśmy herbatę. Kiedy skończyliśmy, słońce wyszło już na dobre, w pierwszej chwili wzbudzając naszą radość że ciepło, natomiast 5 minut później już tego żałowaliśmy, bo momentalnie biała równina zaczęła przypominać patelnię, z nami w charakterze skwierczących skwarek.

Potem zostało już „tylko” dojście do obozu II, 400 m wyżej (w pionie). Boże, co to była za męczarnia. W końcu nie na darmo nazywa się tę część lodowca „Khumbu Barbecue”. Kiedy namioty obozu II wydawały się już na wyciągnięcie ręki, zrobiliśmy sobie z kolegami odpoczynek.
- Już tylko z pół godziny drogi… - wymamrotał Scott.
- Półtorej… - poprawił Jangbu, nasz Szerpa który akurat do nas doszedł.
Myśleliśmy, że Jangbu żartuje ale gdzie tam. I tak był to wariant optymistyczny, to znaczy czas dojścia dla Szerpów, bo nam zajęło to bite dwie godziny.


Ale nie tylko nam się droga dłużyła. Innym również. Na przykład słynnej nepalskiej aktorce, którą spotkaliśmy w towarzystwie opiekującego się nią Szerpy (niech nas nie zmyli określenie "słynna" - nie ma to nic wspólnego z wizerunkiem rozkapryszonej celebrytki-narcyzki. W tym przypadku jest to akurat fajna, normalna dziewczyna. jest wysportowana, całkiem nieźle sobie radzi, ale widać było że też ma już dość, bo stawała dosłownie co chwila. Jest jednak nieźle zmotywowana, a to jednak najważniejsze. A tak w ogóle, to zauważyliśmy kilka osób idących już z butlami z tlenem. Na tej wysokości? Trochę wcześnie…

Szczerze mówiąc to myślałam że w obozie II zastaniemy resztę naszej ekipy, czyli tych którzy nie byli z nami na reście, w związku z czym wystartowali w górę dzień wcześniej. Niestety, wszyscy zdążyli już wyjść do obozu III. Zresztą nie tylko „naszych” to dotyczy – ogólnie cały obóz II jakiś opustoszały. Mam nadzieję że nie "przedobrzymy" z tym pomysłem ataku szczytowego na sam koniec okna pogodowego, kiedy inni już będą "po". Chodzi o to, by na górze nie było już ludzi, a w domyśle: kolejek, np. przy pokonywaniu Stopni Hillary`ego, gdzie w zeszłym roku wspinacze ginęli, bo przez zbyt długie oczekiwanie kończył im się tlen. Nasza strategia jest teoretycznie słuszna, ale zżera nas brak cierpliwości. Bo co będzie jak okno pogodowe zamknie się szybciej niż zakładamy?

 

 

16 maja, 43 dzień wyprawy
Base Camp (5300 m),
Przygotowania do wyjścia w górę, początek ataku szczytowego


Dziś w nocy wychodzimy na Ice Fall i dalej, z zamiarem dojścia od razu do obozu II (jedynkę postanowiliśmy pominąć, bo wolimy mieć jednodniowy rest w dwójce). W obozie atmosfera podniecenia, emanujących emocji, co do lęku to nikt się nie przyznaje, ale pewnie też. Dziś rano wszyscy wzięliśmy prysznic, bo nie wiadomo kiedy następna taka okazja, no a teraz – wielkie pakowanie. Wymieniamy się liofilizatami, przymierzamy maski tlenowe, zastanawiamy co wziąć a co sobie darować, by nie było za ciężko.


Ja w międzyczasie wyskoczyłam na krótki spacer po bazie. Dowiedziałam się że koledzy-Rosjanie z Sankt Petersburga weszli wczoraj na Lhotse (!!! Hurra! Bardzo się cieszę) i że Denis Urubko odleciał wczoraj z Base Campu razem z ciałem przyjaciela (chodzi o Alexa/Aloszę).
I jeszcze pogadałam z Peterem Hamorem. Oni (bo Peter wspina się teraz w towarzystwie swoich włoskich kolegów) wychodzą pojutrze. Tylko że na Lhotse czyli od obozu III nasze drogi się rozmijają.


Dobra, też idę się pakować…


15 maja, 42 dzień wyprawy
Base Camp (5300 m)
Znowu własny namiot. Śmierć Alexa
(Alexieya Bolotova)


Mam kiepski nastrój, bo niestety, w Base Campie znowu śmierć. Tym razem bardziej mnie to dotknęło niż wcześniejsze przypadki, bo w końcu nie tak dawno gadaliśmy przy herbacie, robiliśmy sobie wspólne foty, a teraz chłopaka nie ma.

Alex to ten miły chłopak z prawej. :(No ale po kolei… Rano obudziliśmy się w świetnych nastrojach, bo raz że się wyspaliśmy, dwa – było całkiem cieplutko, choć to może zasługa że w małym pokoju nocowaliśmy w trójkę. Po całkiem solidnym śniadaniu wyruszyliśmy w trasę do Base Campu. Szło się fajnie, no i w okolicach lunchu byliśmy w obozie stęsknieni już trochę za resztą ekipy. Na dzień dobry dostałam na ucho nieoficjalną jeszcze wiadomość: Był wypadek. Widziano spadającego ze skał człowieka. Wiadomo że Rosjanin.
Jak Rosjanin, to od razu pomyślałam o chłopakach z Sankt Petersburga, tych z którymi zaprzyjaźniłam się podczas „restu”. Nie mogłam wysiedzieć, pognałam do ich obozu. Ale po drodze wpadłam na Petera Hamora, znanego wspinacza słowackiego, który często wspina się z Polakami (m.in. partner Piotrka Morawskiego kiedy Piotrek zginął), a zresztą świetnie po polsku mówi. No więc pytam Petera kto zginął. Nie chciał powiedzieć, bo sprawa była na tyle świeża że jeszcze nie upubliczniona.
–Trójka z Lhotse? –pytam.
Na to Peter:
-Z twoimi przyjaciółmi ok… - stwierdził krótko.
–Denis? –pytam dalej mając na myśli Denisa Urubko (jak przyszłam do obozu sugerowano że właśnie on).
Peter pokręcił przecząco głową.
- No, tooo… Alex?  - zapytałam jeszcze o partnera Denisa, szczerze mówiąc mając już nadzieję że każdego szkoda, ale może to jednak ktoś nieznajomy.
Peter kiwnął głową. –Tak!
Alex (tak naprawdę to Alosza) miał jechać wkrótce z polską  ekipą na Nanga Parbat. Spokojny, raczej cichy chłopak, palący się do wspinania. Późnym popołudniem po jego ciało przyleciał helikopter. Patrzyliśmy wraz z naszymi Szerpami z daleka, ze wzgórza nad naszym obozem, jak Alex odlatuje… Jego ciało, bo dusza na pewno zostanie w górach.

Zdjęcie powyżej zrobiliśmy ze dwa tygodnie temu. Alex siedzi z prawej, z lewej - Denis Urubko.


Na marginesie: ponoć po stronie tybetańskiej zmarł Szerpa. Dopiero początek właściwej akcji górskiej a już liczba ofiar Everestu/Lhotse wynosi 6 osób.
A teraz z kronikarskiego obowiązku o innych sprawach… Baza jakby wymarła – większość wspinaczy jest już w górze czekając na okno pogodowe które pojutrze ma się zacząć otwierać. W naszym obozie podzieliliśmy się na dwie grupy. Ci co nie byli na „reście”, albo wrócili z niego wcześniej, czyli dziewczyny atakujące Lhotse, a z ekipy everestowej: Chris, Adam, Steve i Dave, wychodzą w górę dzisiaj w  nocy i atak szczytowy mają w pierwszej kolejności. Druga tura to my, którzy wróciliśmy z restu dzisiaj, czyli ja, Kieran i Scott oraz Dan. Ja tam jestem zadowolona z tego układu, bo ekipa jest kondycyjnie wyrównana, fajnie że Dan z nami idzie, bo to jednak facet z doświadczeniem, no a poza tym jest szansa że już przejdzie największy tłum. Poza tym z tego co mówił Peter Hamor, a co pokrywa się z prognozami Dana, początek okna pogodowego to co prawda ładna pogoda, ale wciąż silny wiatr – potem wiatrzysko ma osłabnąć. Zobaczymy…


Scott z kamieniem który dzięki mnie przytachał do Base Campu.Poza tym to odwiedził nas Piotrek Ciborowski – jeden z Polaków wchodzących na Everest (ileś dni temu jak go poznałam, przedstawiłam go na blogu jako Przemka – sorry). Bardzo fajny chłopak, z rozsądnym podejściem do życia (i do gór), tak więc przegadaliśmy całe popołudnie.

 

Na zdjęciu obok: Scott po wyjęciu ze swojego plecaka kamienia który mu włożyłam kiedy w Gorak Shep poszedł do toalety (jeszcze na trasie naszego powrotu z restu). Wiem, głupi dowcip, tak więc po przejściu 100 m z tak dociążonym plecakiem powiedziałam mu, że ma w plecaku niespodziankę. Ale Scott nic. No to potem znowu pytam czy nie jest ciekawy. Ale Scott ciekawy nie był. Skoro tak to już nie nalegałam – przez kolejne 1,5 godziny Scott dziarsko tachał kamień.Myślałam że będzie wściekły jak go odkryje, ale nie – było sporo śmiechu i pamiątkowe zdjęcie.

 

 


14 maja, 41 dzień wyprawy
Lobouche (ok. 4900 m n.p.m.)
w drodze powrotnej do Base Campu


Wioska Dukhla - przystanek przy powrocie do bazy.Teoretycznie z miejsca restu, czyli wioski Phericze (4200 m) do Base Campu (5300 m) moglibyśmy przejść jednego dnia, ale uznaliśmy że nie ma sensu, bo po co się „zajeżdżać”, a poza tym szczerze mówiąc wcale nam się nie spieszyło do bazowej codzienności. W ten to oto sposób wylądowaliśmy na noclegu mniej więcej w połowie drogi, w wiosce Lobouche i cieszymy się końcówką naszego „restu”. Nocleg tu co prawda dużo droższy niż w dole (za skromny pokoik trzyosobowy zapłaciliśmy 1100 rupii czyli jakieś 13 dolców), jedzenie też, ale co tam, ostatnia kolacja przed bazą więc zaszaleliśmy objadając się ryżem z warzywkami i frytkami. Poza tym rest to rest – Kieran spał, ja ze Scottem dzieląc się słuchawkami słuchaliśmy muzyki, potem popijając tutaj popularna masala tea (herbatkę z przyprawami typu kardamon, goździki itp.), siedzieliśmy przy piecu i czytaliśmy książki. W sumie to fajny team stworzyliśmy – w bazie nie ma takiej integracji, a tu 4 dni spędzone razem i proszę… 

 

 


13 maja, 40 dzień wyprawy
Pheriche (4270 m)
Restu dzień ostatni

Kontaktowaliśmy się z kolegami którzy zostali w Base Campie. U góry kiepska pogoda, zimno, wieje, ale potwierdza się że od 19 do 21 szykuje się dobre okno pogodowe. Czyli jutro wracamy do góry. Tymczasem tutaj pogodowo całkiem ładnie, choć też w kratkę. W nocy była burza, błyskawice, nad ranem wszystko wokoło zostało zasypane śniegiem, a w ciągu dnia - znowu wiosna.

Rest to m.in. dobre jedzenie. Tutaj - ze Scottem i Kieranem przy kolacji.Dzień spędziliśmy na luzie, no bo to już ostatni dzień restu, czyli należy wypocząć. Nie wiem czy to prawda, ale ktoś powiedział że podczas ataku szczytowego organizm człowieka zużywa nawet 15 tys. kalorii! Oczywiście nie można mu ich aż tyle zapewnić, w związku z czym w ciągu kilkunastu godzin można zgubić kilka kilogramów swojej wagi. Po powrocie muszę wgłębić się bardziej w specyfikę metabolizmu na wysokościach.

Z bardziej przyziemnych wieści - ponoć do bazy zmierza Tom Cruiz. Nie wiem w jakim celu, może ma tam kogoś znajomego, ale zainteresowanie jest większe niż Messnerem :).

ps. Właśnie wraz z Kieranem podsłuchaliśmy (wiem, nieładnie) rozmowę telefoniczną Scotta z kumplem. Scott obiecuje że zadzwoni do kumpla ze szczytu. Teraz zastanawiamy się z Kieranem: a) skąd Scott ma pewność że będzie na szczycie ktoś z telefonem satelitarnym (zwykła komóra nie ma zasięgu)  b) to ważniejsze - skąd Scott ma pewność, że wejdzie na szczyt?

 

 

12 maja, niedziela, 39 dzień wyprawy
Pheriche (4270 m) – Dingboche - Chhukhung (4730 m) – Pheriche
Czorten Kukuczki i wysokościowe sushi


Czorten upamiętniający J. Kukuczę i dwóch innych wspinaczy polskich.Wymyśliłam sobie że dni restowe nie mogą polegać wyłącznie na słodkim nicnieróbstwie, w związku z czym wybrałam się na wycieczkę. Chodziło przy okazji, aby rozruszać mięśnie, a przy okazji zobaczyć coś nowego. Położone nieco z boku głównego szlaku turystycznego Chhukhung pasowało mi szczególnie, bowiem nieco przed tą wioską stoi czorten z tablicą upamiętniającą śmierć Jerzego Kukuczki (1989 rok),a także dwóch innych Polaków - Rafała Chołdy (zg. 1985) oraz Czesława Jakiela (1987). Wszyscy zginęli na południowej Ścianie Lhotse, która swoją drogą jest z tyłu czortenu, w jego tle, doskonale wdoczna (patrz zdjęcie obok).


Trzeba przyznać, że czorten prezentuje się okazale, choć szkoda że na tablicy nie napisano że chodzi o polskich himalaistów. Nie łudźmy się – orzełek i malutka flaga, zdaje się zatknięta przez kogoś całkiem niedawno, większości przechodzących tamtędy turystom nic kompletnie nie mówi. Westmeni nie kojarzą ani naszego godła, ani flagi. Wiem coś o tym, bo przecież na tej wyprawie na okrągło chodzę w dwóch czapkach – jedna jest z flagą polską, druga z orzełkiem i napisem „Polska”, a i tak ludzie z którymi rozmawiam ciągle pytają z jakiego kraju jestem.


Czas na szybkie kalorie czyli zamiast lunchu - energetyczny żel.Od czortenu podeszłam jeszcze trochę do wioski Chhukhung. Dziura jakich mało. W sumie to niby lubię „dziury”, ale są wśród nich „dziury urokliwie” i takie zupełnie bez atmosfery. Niestety Chuhukhung zalicza się do tych drugich. Miałam zamiar gdzieś tam coś przekąsić, ale stwierdziłam że może najlepiej jak dam zarobić babinie prowadzącą malutką knajpkę przy czortenie Kukuczki, do którego po drodze i tak musiałam wrócić. Bardzo się już nastawiłam na postój w tym miejscu, tylko że babiny już nie było, a na drzwiach wisiała wielka kłóda. Rozczarowanie strasznie, bo byłam już głodna jak cholera, no ale na szczęście miałam w plecaku żele energetyczne, tak na „wsiakij słuczaj”. Wybór padł na żelik „truskawkowo-bananowy” – 450 kalorii, taki sam jaki ostatnio wsuwałam na 16 km półmaratonu). Smakowo trudne do przełknięcia (strasznie słodkie), ale speedu dodaje tak, że przez kolejną godzinę mogłabym wbiec na okoliczne szczyty.


Muszę powiedzieć że ogólnie to szło się super, bo dolinka prawie nie nawiedzana przez turystów (przynajmniej o tej porze roku), za to mogłam upajać się nepalską wiosną. Czuło się tę wiosnę w powietrzu, trawa zaczyna się zielenić, kwitną kwiatki (takie drobne, fioletowe), rolnicze rodziny zaczynają orkę (w praktyce: drewniana socha ciągnięta przez dwa woły).  A, no i wszędzie włóczą się jaki, czy raczej naki, bo to przecież samice, często z młodymi.

 Gościnna Szerpini i jej córka która robi pyszne sushi.Sushi - specjał z wysokości 4400 m!Kiedy w końcu doszłam do Dingboche, postanowiłam z rozsądku jednak coś zjeść i wypić. Miałam ze sobą liofilizat, czyli sproszkowaną wersję „makaronu w sosie śmietankowym z kurczakiem i szpinakiem” firmy Trek`n Eat, no ale potrzebowałam do tego jeszcze pół litra wody. Weszłam więc do kafejki z dumnym napisem „French Bakery”, zamówiłam  herbatkę, potem jeszcze litr wrzątku, a że poza mną nie było żadnych klientów, zapytałam nieśmiało czy mogę zjeść zawartość torebki na miejscu, czy muszę jednak wyjść na zewnątrz. Sympatyczna Szerpini nie widziała problemu w konsumpcji mojego jedzenia w jej lokalu. Mało tego, zaraz przyszła jej córka i przyniosła własnoręcznie zrobione sushi, częstując mnie tym trochę nieoczekiwanym na tej wysokości specjałem. A na koniec, kiedy się żegnałam, przeżyłam szok – nie wzięto ode mnie ani jednej rupii! Rozumiem – sushi było w prezencie, no ale przecież brałam herbatę i wrzątek za który wszędzie się tu kasuje. I niech mi ktoś powie że Szerpowie są zmaterializowani! Przynajmniej o tych z Dingboche mogę powiedzieć, że są bardzo gościnni i mili.


Nie jestem z żadnej ekspedycji, ale może się zaprzyjaźnimy?Do Pheriche wróciłam późnym popołudniem, na końcówce którą było zejście ze stromego zbocza, trochę przeklinając swoje kolana. Problemy z kolanami to dość częsty problem chodzących po górach (i narciarzy), ja mam jeszcze dodatkowe uszkodzenia po wypadku w górach Ruwenzori. Z wchodzeniem pod górę nie ma problemu, ale strome zbocza w dół, niestety mało przyjemnie odczuwam. Normalnie w takich sytuacjach chodzę w specjalnej opasce, ale problem w tym, że sporo tu schudłam, co oznacza że schudły mi też nogi, no i opaska z kolana się zsuwa. Swoją drogą przypomniało mi si, że przed wyprawą jeden z importerów stabilizatorów proponował mi taki sprzęcior do testów. No ale na obietnicy się skończyło… Na przyszłość pozostaje bandaż elastyczny.


A tymczasem w Pheriche, jak to wieczorami – w schronisku znowu tłum. Tym razem dzielimy stół z dwójką z ekspedycji południowoafrykańskiej. Temat dyskusji: oczywiście strategia „szczytowania” i daty okien pogodowych.

Z innych plotek - oficjalnie potwierdziło się, że słynna nepalska aktorka - Nisha Adhikari oraz jej kolega po fachu - Arjun Karki, wspinają się na Everest bez zezwoleń. Agencja ich obsługująca (Seven Summits) wykupiła im zezwolenia jak dla... Szerpów, no ale trudno przecież ani żadnych ładunków nie noszą, ani nawet z wyglądu Szerpów nie przypominają.

Poza ekipą "aktorską" jest też wyprawa nepalskich muzyków, którzy będąc hinduistami (najpopularniejsza religia nepalska), postanowili zabrać na szczyt pojemnik z wodą z płynącej przez Katmandu świętej rzeki (tej, nad której odbywają się kremacje). No i zrobiła się awantura - Szerpowie którzy są buddystami, powiedzieli że żadnej świętej wody hinduistów na szczyt tachać nie będą, niech muzycy sami sobie ją noszą...

 

 

11 maja, sobota, 38 dzień wyprawy
Pheriche (4200 m)
Jak dobrze być na "reście"


Ale fajny dzień…. Czuję się wreszcie jak na wakacjach - pełny relaks. Inna sprawa że widzę że nabytych w górze nawyków trudno mi się jednak wyzbyć. Rano ze zdziwieniem zauważyłam że śpiąc na schroniskowym łożu, bądź co bądź w przyzwoitym, normalnym pokoju, pod głową, w ramach poduszki mam zwinięte polary, tak jak to robię w namiocie. Obleczone w czyste poszewki poduszki leżały odrzucone z boku…


Jeden z widoczków z okolic naszego miejsca restowego - słynny Amadablam.Żeby się jednak ucywilizować, po śniadaniu zainwestowałam w prysznic (drobne 5 dolców, czyli prawie połowę taniej niż w schronisku w Gorak Shep, trochę wyżej). Pal sześć kasa – ile miałam z tego frajdy! Prawdziwy prysznic, z gorącą wodą! W bazie niby mamy namiot prysznicowy, ale tak naprawdę to jednak jest różnica, gdy ma się rurę z której leci nielimitowana woda, prawie wrzątek, a co innego termos z rurką, pompką i wodą jednak ograniczoną.

Dzień spędziliśmy głównie przy komputerach, bo za 500 rupii mamy dostęp do netu przez 24 godziny na dobę (gdzie indziej jest nawet 900 rupii za godzinę!). Już z samego rana zaskypowałam do swojego kochanego mężą, potem jeszcze do taty (tu bez efektów), no i nadrabiam zaległości blogowe. Ciężko to idzie, bo internet wolny i ciągle wyrzucający z sieci, ale najważniejsze że jest (przy okazji - na maile nie odpowiadam bo jest ich tyle, że postanowiłam skupić się na blogu).

Fajna ekipa nam się tu zrobiła – prawie nie ma trekerów, za to całe schronisko wypełniają ekipy wspinaczkowe. Ponieważ pokoje są nieogrzewane, wszyscy przesiadują w sali świetlicowo-jadalnianej z piecykiem po środku. Na przykład przy stoliku obok mamy Brazylijczyków, którzy wchodzą na Everest z paralotniami, by potem zamiast schodzić, sobie na nich zlecieć. Dla ciekawych - jedna z tych paralotnii waży 6 kg, inna zaledwie 3, a lot z góry do Gorak Shep (3,5 km niżej) ma trwać ok. pół godziny. Jest też miły Austriak, który opowiedział mi, że mają w ekipie jakąś dziewczynę tylko z jedną stopą (druga to proteza).  Najbardziej jednak zaprzyjaźniliśmy się z trójką Rosjan z Sankt Petersburga, którzy bez wsparcia Szerpów zamierzają zdobywać Lhotse. Bardzo sympatyczni chłopcy – Siergiej Kondraszkin, Wiktor Kowal i Aleksiej Borodenkow. Też robią sobie „rest”, zasłużony, bo wcześniej doszli bez tlenu na prawie 7800 m. Trochę tylko pechowo, bo Siergiejowi z bagażu samolotowego ukradli spodnie puchowe i teraz wspina się w takich byle jakich, trochę przycienkawych, a na domiar złego w czasie wspinaczki poleciał mu w przepaść plecak w którym było trochę ważnych drobiazgów, typu latarka, karimata itp. Obiecałam że jeśli będzie atakował szczyt po mnie, to mu co trzeba oddam, choć może jakoś uda się to wszystko załatwić z naszych obozowych nadwyżek już teraz? A Pheriche - metropolia z jedną uliczką i kilkoma hotelikami.tak na marginesie to Siergiej zawodowo jest… rzeźbiarzem, takim dyplomowanym, po Akademii Sztuk Pięknych. Poza tym bardzo ładnie szkicuje – wczoraj wieczorem stworzył bardzo realistyczny portret jednego z chłopaków z obsługi. Mam nadzieję że jego pasja do gór nie skończy się jakimiś odmrożeniami rąk, które są przecież jego narzędziem pracy.


Aaaa, zapomniałam! Rosyjscy koledzy przekazali mi na rosyjskich stronach informacyjnych news, że wczoraj, 10 maja o godzinie 11.40, Everest został zdobyty przez 11 Szerpów, którzy weszli tam w ramach poręczowania drogi. Razem z nimi wszedł jeszcze niejaki David Tait, dla którego było to  już 5-te wejście na najwyższą górę świata, a 15 minut potem doszło jeszcze dwóch Szerpów. Słowa uznania!

Z przykrych informacji – niestety jest już czwarta ofiara tegorocznego sezonu everestowego – Po stronie północnej (tybetańskiej), na atak serca zmarł wspinacz rosyjski.

I jeszcze... Są już ponoć oficjalne dane odnośnie wydanych zezwoleń wspinaczkowych na Everest. Jest ich ok. 320 - ok. 80 mniej niż w ubiegłym roku, dość tragicznym jeśli chodzi o wypadki (kilkanaście osób). Dla nas to dobrze - zawsze mniejszy tłok przy ataku szczytowym.

 


10 maja, piątek, 37 dzień wyprawy
Base Camp (5300 m) – Pheriche (4200 m)
Od Messnera do szarlotki


Ale mi dobrze… Za całe 2,5 dolca mogę przespać się w wygodnym, ogromnym małżeńskich łożu, w czystej pościeli, w cieplutkim pokoju… Uczucie szczęścia dopełnia pozostały w ustach smak pysznej szarlotki i aromatycznej kawy zafundowanej przez Kierana, a wcześniej jeszcze kolacyjne obżarstwo – fantastyczny filet z kurczaka, świetnie zrobione frytki i zestaw warzyw. Skoro zeszliśmy w dół na regeneracyjny „rest”, no to jedzeniowo szalejemy…


Razem ze słynnym R. Messnerem.No dobra, po kolei… Po śniadaniu, jeszcze w Base Campie, mieliśmy całą prawie ekipą wyruszyć w dół. To znaczy naprawdę na dół, do położonej prawie tysiąc metrów niżej wioski Pheriche, mieliśmy zejść tylko ja, Kieran i Scott, podczas gdy reszta postanowiła nas odprowadzić do odległego o 1,5 godziny drogi Gorak Shep. Ledwo wyszliśmy, a tu na highwayu (tak nazywamy główną ścieżkę przecinającą Base Camp) stoi sobie Reinhold Messner, austriacki wspinacz (teraz na stałe mieszkający w Południowym Tyrolu, czyli w północnych Włoszech), jakby nie było jeden z najwybitniejszych himalaistów w skali świata. Właściwie to wypatrzyła go Wiola, no ale że trzeba kuć żelazo póki gorące, to zrobiłam z nim krótki wywiadzik. Okazało się że Messner przyjechał z ekipą austriackiej telewizji kręcić film o tym jak to na przestrzeni lat Everest się zmienił (jakby nie było w tym roku wypada 60 rocznica pierwszego wejścia na tę górę). Jak się zmienił? Messner podsumował że nie ma tu już miejsca na prawdziwy alpinizm, to co jest teraz to dobrze zorganizowana turystyka. Inna sprawa że przyznał że nadal wejście na Everest wiąże się z trudem i wysiłkiem, no ale skoro od Base Campu na sam szczyt są liny poręczowe, to już nie jest zdobywanie gór w czystej postaci, nie mówiąc o tym że 99,99 % wchodzących bez tych lin na szczyt po prostu by nie weszło. Ok, tu się zgadzam, ale odpowiedź na ostatnie moje pytanie mimo wszystko mnie zaskoczyła. Otóż zapytałam czy Pan Messner zamierza jeszcze kiedyś Everest zdobyć. Odpowiedź: -Oczywiście że nie. Teraz to byłby dla mnie wstyd!


No i znowu trzeba chodzić...  :)A ogólnie to śmiesznie było, bo ideą austriackich filmowców było pokazanie Messnera jako gwiazdy himalaizmu, wywołującej w Base Campie poruszenie i ekscytację. Tymczasem owej „gwiazdy” jakoś nikt nie rozpoznawał. Ludzie przechodzili i… nic. W tej sytuacji Messner przejął inicjatywę w swoje ręce. Idzie jakaś grupa, zdaje się rodem z Indii, a więc Messner do nich „dzień dobry, dzień dobry”. Tamci stają jak wryci, ale grzecznościowo odpowiadają: „dzień dobry!”. W końcu jednego z nich oświeca i wypala: „A, pamiętam, spotkaliśmy się chyba w Katmandu na zakupach?”.


Po wyjściu z bazy próbowałam dogonić swoją ekipę, która rzecz jasna w międzyczasie nie czekała na mnie (sama im mówiłam by nie czekali) i ruszyła dalej. Idę, idę, a tu przy kamieniu z napisem „Base Camp” (miejsce do którego dochodzą trekerzy, dla których wstęp na teren bazy jest zwyczajowy zabroniony), sympatyczny brodacz rzuca w moim kierunku po polsku: „Wszelki duch pana Boga chwali!”. Okazało się że to Polak z Australii, a zwrócił uwagę na moją czapkę z orzełkiem i napisem „Polska”. Zapytał czy nie wiem czy w bazie są jacyś Polacy. Mówię że są, na przykład właśnie ja. No to pan dalej, że chodzi mu o takich wspinających się na Everest. NO to potwierdzam, że tak, na przykład ja. Czyżbym nie wyglądała na osobę wspinającą się?  :)


Po miłej rozmowie ruszyłam dalej, no bo miałam przed sobą kawał drogi, na dodatek z ciężkim plecakiem. Daleko nie zaszłam, bo wkrótce wpadłam na Steva i Dave`a czyli kolegów niby z naszego teamu ale  mających indywidualnego Szerpę, a przez to, „indywidualny tok wyprawy”. Oczywiście kolejny kwadrans w plecy, bo kolejna rozmowa, tym bardziej że akurat obu chłopców bardzo lubię.


Polska flaga jaką zostawiliśmy w jednym ze schronisk dwa lata temu.W Gorak Shep aby odnaleźć ekipę musiałam obejść wszystkie trzy knajpy, bo nie wiedziałam, w której siedzą. Oczywiście siedzieli w tej trzeciej (ostatniej), ale przy okazji z satysfakcją odkryłam że w pierwszej z nich, przy lodge`u w którym nocowałam z grupą dwa lata temu (prowadziłam wówczas trekking do Base Campu) na honorowym miejscu na suficie wisi zostawiona przez nas polska flaga z podpisami całej naszej grupki. Przy okazji – pozdrawiam wszystkich, z którymi tu wtedy byłam (wiem, że czytacie tego bloga :) )!


W knajpie, poza tym że wydałam prawie cały budżet przeznaczony na jedzenie na ten dzień (niestety, w wysokogórskich schroniskach ceny jedzenia do tanich nie należą), poznałam sympatycznego wspinacza z Indii, który w zeszłym roku próbował zdobywać Everest z naszym Adamem, ale że się nie udało, w tym roku próbuje znowu. Ekipa z którą był, liczyła początkowo cztery osoby, no ale trzy się wykruszyły, bo nie wytrzymały dotychczasowych trudów, no i facet został sam. Ponieważ towarzysze przekazali mu swoje „dobra”, ma dla siebie: 8 Szerpów i 27 butli z tlenem!

W Gorak Shep pożegnaliśmy się z „odprowadzającymi” i już tylko w gronie ja, Kieran oraz Scott, pognaliśmy w dół. Dosłownie „pognaliśmy” – wyprzedzaliśmy wszystkich, nawet tych, którzy szli z prywatnymi Szerpami niosącymi im cały bagaż, włącznie z aparatem fotograficznym. Wyraźnie widać na szlaku kto jest wspinaczem i aklimatyzował się na wyższej wysokości, a kto jest trekerem i męczy go każdy krok.

W Lobouche chłopcy postanowili znowu coś zjeść, a że ja nie (cóż, kasa), tak więc rozdzieliśmy się i dalej już poszłam sobie sama, po drodze wpadając na Olgę, wracającą do Bazy, bo zdaje się że szykuje się do ataku w pierwszym oknie pogodowym. Rozmowa z Olgą zawsze wprowadza mnie w świetny nastrój (ogromnie ją lubię i pasuje mi jej poczucie humoru), tak więc do Periche dobiegłam już naprawdę jak na skrzydłach, tylko raz gubiąc drogę (bo tutaj żadnych oznaczeń szlaków rzecz jasna nie ma).


Koledzy doszli jakieś dwie godziny po mnie (też się pogubili), dzięki czemu czekając na nich w ciepłej sali Himalayan Lodge (tu każdy lodge ma takie miejsce do jedzenia i posiedzenia, z piecem-kozą po środku) zdążyłam zakumplić się z ekipą wspinaczy rosyjskich (idą na Lhotse) i – tu niespodzianka – Polakiem, Adamem z Warszawy, który ma zdobywać i Everest, i Lhotse. Ciekawe jak mu pójdzie… Czyli jest nas, Polaków wspinających się na Everest w sumie szóstka! Olga, ja, Bartek, Przemek, Bogdan, no i ten "ukrywający się" do tej pory Adam. Mam nadzieję że wszystkim nam się uda!


Wieczór spędziliśmy na wspomnianej orgii jedzeniowej. Boże, jak niewiele człowiekowi potrzeba do szczęścia – raptem spełnienie podstawowych potrzeb (poczucie bezpieczeństwa, ciepło, pełny żołądek etc.). U Scotta szczególny entuzjazm toaleta – normalny sedes, w dodatku z działającą spłuczką.


9 maja, czwartek, 36 dzień wyprawy
Base Camp (5300 m)
„Kochamy góry” czyli Himalaje w oczach dzieciaków z Domu Dziecka w Chotomowie


W planach na dzisiaj miałam zejście gdzieś niżej na kilka dni regeneracji przed atakiem szczytowym. Na razie w górę do ataku jeszcze nikt nie startuje, bo ciągle nie ma lin poręczowych na szczyt, tak więc wszyscy, ze wszystkich obozów - czekają.


Miałam wyruszyć po śniadaniu, ale okazało się że w czasie wczorajszej wyprawy na wzgórze gdzie jest zasięg internetowy, Dan zostawił telefony satelitarne i jakoś tak wyszło, że poczucie obowiązku nakazało mi przejście się tam, z nadzieją odzyskania zguby. Telefony na szczęście były… Szczęśliwy Dan stwierdził że w ramach nagrody mogę sobie zażyczyć co tylko chcę. Stwierdziłam że lista życzeń będzie długa, ale póki co, z racji tego że nie zdążyłam zjeść ze wszystkimi śniadania, może być jajko na miękko. Kurde, nie wiedziałam że takie kłopotliwe to życzenie. Nasz wyprawowy kucharz chyba nigdy nie miał styczności z jajem na miękko, bo owszem, jajo ugotował, ale na super twardo. Miałam zamiar machnąć ręką, ale Dan uparł się że jajo na miękko, to jajo na miękko. Wkrótce postawiono przede mną trzy jaja – tym razem wszystkie niemal surowe. Zjadłam w tym układzie co innego, ale Dan był wobec Szerpów nieubłagany – postanowił nauczyć ich gotowania jaj na miękko. Ponoć jak już sobie poszłam, za którymś tam razem, wreszcie im się udało :). Inna sprawa że nie chcąc psuć sobie dobrych układów z Szerpami, poszłam do namiotu kuchennego i wyjaśniłam, że gdybym wiedziała, że tyle zamieszania wyjdzie z tymi jajami, to zadowoliłabym się serwowanym niemal codziennie omletem.


Potem stwierdziłam, że skoro jest już prawie południe, to poczekam na lunch i wtedy dopiero pójdę, no ale po lunchu nagle się zachmurzyło, zrobiło się zimno i zaczęło sypać mokrym śniegiem, przekonano mnie więc, że nie ma sensu bym gdzieś sama tam szła, skoro nastęnego dnia zaraz po śniadaniu mogę wyruszyć na tę samą trasę w Wystawa rysunków autorstwa małych artystów z Domu Dziecka w Chotomowie.towarzystwie Scotta i Kierana. W sumie faktycznie, zawsze w towarzystwie milej. Może pójdzie z nami też Rob – Australijczyk, który od pewnego czasu jest u nas w obozie, bo miał wchodzić do „trójki”. Niestety, najpierw nie mógł się zaaklimatyzować, a dzisiaj, kiedy w końcu doszedł do wniosku że wreszcie jest zdrowy i idzie do góry, w środku nocy pod opieką jednego z Szerpów wyruszył na Ice Fall, ale jednak nie dał rady - nawet nie dochodząc do jego połowy poddał się i zawrócił.

Wracając do mnie… Oczywiście ledwo wyniosłam plecak z powrotem do namiotu, wróciło słoneczko, ale już pal sześć, wędrówkę tego dnia odpuściłam. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, bo postanowiłam wolne popołudnie wykorzystać na zorganizowanie wystawy przywiezionych ze sobą rysunków autorstwa dzieci z Domu Dziecka w Chotomowie. Kiedy byłam u nich tuż przed Wielkanocą, dzieciaki rysowały Himalaje, a ja obiecałam że te ich plastyczne wyobrażenia najwyższych gór świata, pod Everest zabiorę. Dzisiaj twórczość naszych małych artystów podziwiali zarówno wspinacze jak i Szerpowie. Szczególnie podobała się wszystkim deklaracja małego Kacpra – wykaligrafowany dziecięcą ręką napis: „Kochamy góry”.

Dzieciaki z Chotomowa – ściskam Was bardzo serdecznie, a po powrocie obiecuję że do Was zajrzę i wszystko Wam opowiem!

 

 

8 maja, środa, 35 dzień wyprawy
Base Camp (5300 m)
Ewakuacja namiotu i ciąg dalszy „Khumbu War”


Ale mi się ostatnio (tzn. po zejściu do bazy) super dobrze śpi! Do tego stopnia że już po raz drugi zaspałam na śniadanie, które wcale tak wcześnie nie jest (ok. 8-mej). To oczywiście efekt tego, że zeszłam z większej wysokości, a tu i materac lepszy, i lepiej się oddycha, bo przecież tlenu w powietrzu więcej.


Baza - wcześniej pełna śniegu i lodu, teraz bardziej kamienista.Zakładając w pośpiechu kolejne warstwy ubrań zauważyłam że się… sypię! Dosłownie! Cała moja skóra, czy to na nogach czy rękach, jest tak wysuszona, że każde jej dotknięcie powoduje coś w stylu łupieżu. Wmasowałam się w siebie pół opakowania kremu nawilżającego Dr Ireny Eris, choć „na pocieszenie” Wiola powiedziała, że ma to samo. A skoro już zabrałam się za swoją skórę, to pozaklejałam „kropelką” wszystkie pęknięcia na palcach. Superpatent – pomaga od razu. Już nie muszę się obawiać, że przy byle jakiej czynności moje upierdliwe ranki nie tylko zabolą, ale jeszcze się powiększą.


Po śniadaniu Kadzi, Szerpa będący szefem obozu, obwieścił konieczność ewakuacji trzech namiotów. To efekt wytapiania się lodowca, na którym jest baza. Mój namiot nie dość że już po części wisiał nad  urwiskiem (a kiedy się do niego wprowadzałam był rozstawiony na równiutkiej kamiennej platformie), to jeszcze zaczęła się tworzyć przed nim szczelina lodowa. Jeszcze wczoraj była to niewielka dziurka, dzisiaj rano – wyrwa półmetrowej wielkości. Na szczęście namiotów ci u nas dostatek – mam nadzieję że moja obecna miejscówka jest bardziej stabilna. Jednak prawdziwy szok wywołało jeziorko, które mamy (a właściwie mieliśmy) koło naszego campu. No więc dzisiaj rano okazało się że jeziorko – zniknęło! Do tej pory było skute równiutką taflą lodu (który rąbaliśmy aby go potem wytapiać i robić z niego herbaty czy zupy), a tymczasem teraz został tylko połamany lód w czymś w rodzaju zapadliska. Co się stało z wodą – diabli wiedzą. To znaczy na pewno gdzieś znalazła ujście i odpłynęła, a po części wyparowała. Zadziwiające to wszystko, bo zawsze myślałam że takie zmiany w lodowcach wymagają czasu, a tu proszę – z dnia na dzień coś jest, a potem znika.


Oficer łącznikowy to ten pierwszy z prawej.Tuż przed obiadem mieliśmy niespodziewanego gościa. Akurat cała ekipa siedziała w mesie, z rozstawionych przez Chrisa miniaturowych głośników leciały piosenki Boba Marleya, a zaprzyjaźniony Szerpa konspiracyjnie przyniósł w worku na sprzedaż piwa i colę – tutaj towary luksusowe (działalność komercyjna jest w Base Campie oficjalnie zabroniona), a tu wchodzi całkiem sympatyczny chłopak i oznajmia, że jest oficerem łącznikowym ekipy na Lhotse. Chris widząc go od razu wypalił: -A myśleliśmy że już nigdy pana nie zobaczymy!, bo rzeczywiście, dziwne że pojawił się dopiero teraz.  W trakcie kurtuazyjnej rozmowy okazało się że chłopak jest pracownikiem administracyjnym nepalskiego Sądu Najwyższego, no ale zadzwoniono do niego z Ministerstwa Turystyki i nie wiem czy z własnej chęci, czy była to propozycja nie do odrzucenia, po iluś dniach wędrówki przyczłapał się do nas.


Oficerowie łącznikowi nie są lubiani, bo właściwie nie wiadomo jaka jest ich rola i do czego mogą się przyczepić. Oczywiście pamiętaliśmy prośbę Dana, aby z nimi za bardzo nie gadać, tak więc kiedy na pytanie czy gość nie odczuwa przypadkiem związanego z wysokością bólu głowy, padła odpowiedź, że tak, odczuwa, na końcu języka mieliśmy że najlepszym lekiem na tę przypadłość jest jak najszybsze zejście w dół. Na szczęście chłopak wcale siedzieć w Base Campie nie zamierzał – coś tam zjazdł, zrobił nam zbiorowe zdjęcie, został obdarowany firmową czapeczką oraz tubką australijskiego specyfiku którego smaku nie znał  (vegimate), po czym pożegnał się i sobie poszedł, odprowadzony przez jednego z  Szerpów (coś mi się wydaje że przydzielając tego Szerpę Dan chciał mieć pewność, że nasz „kapo” już nie wróci).


Dave i Steve jako uzupełnienie ekipy uzależnionej od internetu.Popołudnie spędziliśmy z Danem na internecie. Oznacza to spacerek przez najeżony serakami brzeg IceFallu na wzgórze na którym mając specjalny „gwizdek”, można złapać sygnał internetowy. Ponieważ takich miejsc w okolicy specjalnie nie ma, na otoczonym lodowymi formami wzgórku zwykle ktoś już tam siedzi. No to rozsiedliśmy się i my, a w ramach sprawdzania różnych wieści ze świata, przejrzałam trzy teksty na temat wspominanej już awantury między Simone Moro, Uli Steckiem i Szerpami. Pierwszy z tekstów był informacją z Onetu. Aż się we mnie zagotowało – przeczytałam np. o tym że około stu Szerpów obrzuciło kamieniami namioty turystów. Boże, co za bzdury. Rozumiem że dziennikarze naszej prasy nie będąc na miejscu idą na łatwiznę i po prostu zrzynają to co im wpadnie w ręce, ale zawsze wydawało mi się, że pisząc coś do publicznej wiadomości nie wolno opierać się na bezkrytycznym ściąganiu wersji tylko jednej strony. Krótko mówiąc cała ta awantura (bójka) nie wyglądała tak jak opisały to żądne sensacji media. Poza tym media przedstawiły sytuację tylko z jednej strony - słynnych wspinaczy, nikt natomiast nie pytał o zdanie Szerpów. A tak na logikę - skądby się wzięło w obozie stu Szerpów, nie mających nic innego do roboty tylko rzucanie kamieniami? Nie przeczę że Szerpowie nie rzucali w namiot chłopaków kamieniami (ale nie robili tego bez powodu - zostali do tego sprowokowani). No ale jest różnica w pojęciu "stu" a "kilku".

Dobra, kończę już i idę spać, bo jutro czeka mnie długa droga – zejście w dół, na 3-4 dni „restu” (regeneracji). Poza tym dzisiaj mijają 3 miesiące od śmierci mojej Mamy – muszę z nią pogadać. Wmówiłam sobie, że jedna z tak licznie święcących na tutejszym niebie gwiazd, taka która wisi akurat nad Everestem, to właśnie Ona (moja Mama) i kiedy wracam wieczorem do namiotu, mruga do mnie, dając mi znak, że jest ze mną.


Ps. Właśnie przed momentem Jangbu przyniósł kolejną smutną wiadomość: zginął trzeci już Szerpa, 25-latek z agencji Seven Summits. Odpadł od Ściany Lhotse w okolicy obozu III (czyli tam gdzie kilka dni temu byliśmy). Przeleciał ok. 700 m, kiedy zabierał go helikopter nawet jeszcze żył, ale niestety nie udało się go uratować. Oczywiście, tak jak wielu Szerpów, nie używał „safety” (inaczej: nie przypinał się do poręczówek).

Za kilka godzin wychodzą w górę wynosząc butle z tlenem na Przełęcz Południową nasi Szerpowie. Dowodzący nimi Jangbu obiecał, że będą ostrożni.


A tak na marginesie – pomiędzy obozem II i III leży zamarznięty but. Ja go akurat nie widziałam, ale trafili na niego moi koledzy i pokazywali mi go potem na zdjęciach. But jak but, ale ponoć jest w nim  fragment kości i ciała… „To jest Everest” – ciągle powtarza nasz lider…

 



7 maja, wtorek, wieczorem, 34 dzień wyprawy
Base Camp  (5300 m)
Dzień Czyściocha, ptasie mleczko i… co dalej?


Dziś wyciągnęłam swoje imieninowe ptasie mleczko. Przytachane z Polski, a jakże, co zresztą było widać po pudełku „po przejściach”. No cóż, transport w plecaku (przypomnę – przez 2 dni zaginionym bez wieści), potem wożenie na grzbiecie jaka, wreszcie ileś dni w namiocie – w ciągu dnia nagrzanym tak że na pewno czekolada spływała, w nocy zamarzała na kość – sądząc po wyglądzie nie posłużyły, ale liczą się chęci. To że imieniny miałam 3 dni temu to pal sześć – trzęsąc się z zimna w Campie 3 warunków do imprezowania nie było. Oczywiście przy częstowaniu sprawiedliwie podzieliłam zawartość pudełka na naszą ekipę i Szerpów, co Robimy wielkie pranie. Tu akurat widioczny Scott-pracz.zresztą (Szerpom znaczy się) chyba się spodobało. Przy okazji wytłumaczyłam wszystkim jak w dosłownym tłumaczeniu nazywają się te tradycyjne polskie słodycze i… zapadła konsternacja. Dla cudzoziemców nazwa "ptasie mleczko" to jakaś abstrakcja. Musiałam wyjaśniać, że to tylko przenośnia i ani to mleczko, ani ptasie.


A w ogóle to czuję się odświętnie, bo się wreszcie wykąpałam. Po tylu dniach okazja do umycia się i założenia czystych ciuchów, to naprawdę wielka sprawa. Reszta ekipy też się doprowadzała do stanu lśnienia, a Adam i Scott zgolili nawet brodę. Gorzej, bo nie wiedzieliśmy jak do umycia się przekonać naszych Szerpów – większość z nich w ogóle nie zauważa takiego wynalazku jak prysznic i mamy wrażenie że traktuje go wyłącznie jak kaprys Westmenów. Niestety, zapach naszej skąd inąd bardzo sympatycznej obsługi coraz bardziej nam przeszkadza, tym bardziej że niektórzy nie mają nawet potrzeby zmiany ubrań i ciągle, niezależnie od pogody, chodzą stale w tych samych.


Co do moich ubrań, to słoneczny dzień wykorzystałam też na wielkie pranie. Po południu zaś poszłam zobaczyć co się tam w czasie naszej nieobecności zmieniło w bazie. A zmieniło się sporo! Przede wszystkim baza świeci pustkami, bo wszyscy albo jeszcze w górze – kończą aklimatyzację, albo zeszli w dół na regenerację przed atakiem szczytowym. Poza tym zmieniło się otoczenie. Niesamowite jak szybko topnieje lodowiec! Wielkie bloki lodowe jakie zdobiły bazę zamieniły się w skromne sopelki, a wzdłuż Base Campu płynie wartka rzeczka, której wcześniej nie było (no może była niezauważalnym strumykiem). A zresztą daleko szukać – zdaje się, że mój namiot będzie wymagał przestawienia, bo słońce wytopiło lodową platformę na której stoi, zaś przed jego frontem tworzy się z godziny na godzinę powiększająca się szczelina.


Bazowy punkt medyczny.W ramach spaceru po bazie odwiedziłam namiot medyczny, gdzie po raz kolejny upewniłam się że mój męczący kaszel nie ma żadnych podstaw chorobowych (płuca okej, tętno też, saturacja 80, czyli w porządalu), nie mówiąc o tym,  że to jedna z najczęstszych przyczyn w sprawie której zgłaszają się pacjenci (inne powody to problemy z aklimatyzacją, biegunki, przeziębienia, różne urazy). Przy okazji pokazałam swoją pękającą skórę na palcach – żyć z tym można, ale to jednak mało wygodnie gdy przy niemal każdej czynności skaleczenia, zwłaszcza te przy opuszkach paluchów, powiększają się. Spytałam czy patent z zaklejeniem tego klejem super glue rzeczywiście jest skuteczny i okazało się że tak! Super glue wprawdzie nie mam, ale myślę że znajdująca się gdzieś w przepaściach mego namiotu „kropelka” też się do zaklejania ran sprawdzi.


Przy okazji podpytałam też, to w imieniu kolegów, jak wygląda sprawa leków blokujących chęć załatwiania cięższych potrzeb fizjologicznych  w trakcie ataku szczytowego. Wiem, temat może „niesamaczny”, ale w czasie wczorajszej kolacji stał się głównym punktem dyskusji.  No bo jednak to ważne, choć przyznam że wcześniej jakoś się nad tym nie zastanawiałam. Pani doktor (młoda Brytyjka) chyba miała takich pytań już mnóstwo, bo bez namysłu doradziła, że w momencie wyjścia tabletka Imodium (po 6 godzinach powtórzona), skutecznie delikwentów przyblokuje.


A co do spraw zdrowotno-estetycznych to ciekawe, jak pobyt w takich warunkach zmienia człowieka. Wszyscy na potęgę gubimy wagę (najbardziej widać to u Adama który twierdzi że pozbył się kilkunastu kilogramów i faktycznie spodnie na nim wiszą), niektórym zapadają się oczy, łamią się włosy i paznokcie, krwawią nosy, wszyscy mamy spieczone wargi, twarze są ogorzałe i też często spieczone, zwykle z wyróżniającymi się dość śmiesznie białymi okularami – szczerze mówiąc wcale nie wyglądamy na zdrowych ludzi.


Base Camp.Z namiotu medycznego poszłam do utajnionego „obozu sław”. Myślałam że może znajdę tam jeszcze jakimiś cudem Simone Moro i Uli Stecka, ale poinformowano mnie, że chłopcy działalność górską w tym rejonie już zakończyli i w Base Campie pokazywać się nie zamierzają. Pogadałam za to z Denisem Urubko, który jutro zamierza schodzić w dół na regenerację i dowiedziałam się że Peter Hamor w dół już zszedł, dokładnie tam gdzie ja zamierzam zejść (do Periche). Reszta naszej ekipy chyba schodzić nie zamierza – twierdzą że w Base Campie im dobrze, a tak naprawdę to chyba nie chce im się potem podchodzić. No cóż – brytyjsko-amerykańska szkoła przygotowania się do ataku szczytowego jest jednak zupełnie inna niż polska czy raczej – europejska. U nas jednak jest tendencja do tego, żeby w miarę możliwości trochę (sporo) "spaść", jako że na wysokości organizm się tylko wyniszcza.


Na koniec mojego bazowego obchodu trafiłam jeszcze do zwijającego się już „Laboratorium”, bo umawiałam się z koleżanką Alex (czyli Aleksandrą Kotwicą, doktorantką Uniwersytetu Cambridge) że powie mi bliżej czym się owa tajemnicza instytucja zajmuje. Ciekawa sprawa – rozwinę ten wątek w książce która powstanie po wyprawie. W każdym razie to już druga część projektu - w pierwszej na Przełęcz Południową (ok. 8000 m) wtachano… rowery (stacjonarne) i kazano badanym na nich jeździć. Teraz było o tyle prościej, że badanym pobierano jedynie krew, mocz i fragmenty mięśnia z uda, a co ciekawe – do roli królików doświadczalnych zgłosiły się głównie nie faceci Szerpowie, lecz Szerpinie, dla których uczestnictwo w projekcie było okazją zobaczenia „miejsca pracy” swoich mężczyzn.


A co do facetów to dzisiaj pogadałam sobie telefonicznie z moim mężem. Bardzo pozytywnie mnie ten telefon naładował, bo muszę powiedzieć, że  samotność na tej akurat wyprawie wybitnie mi doskwiera. Polskie sieci komórkowe niestety tu nie działają – w grę wchodzi jedynie nepalski Ncell, ale i tak nie w każdym zakresie. Przykładowo – smsy z mojego nepalskiego numeru wychodzą, ale już na przykład , wysłane z Polski na nepalski numeru niestety nie docierają.

 


6 maja, poniedziałek, wieczorem, 33 dzień wyprawy
Powrót z Obozu II (6400 m) via Ice Fall do Base Camp  (5300 m)
Lodowa fascynacja


No to schodzimy! Pytanie tylko czy w międzyczasie serak się nie zawali?Uff! Zeszliśmy. My, czyli ja z Jangbu, moim ulubionym Szerpą. Dokładniej to z Obozu II zeszliśmy do Base Campu, pokonując w ciągu dnia Ice Fall. Fakt, bezpiecznie może to nie było, bo ryzyko  że coś się w  Ice Fallu zawali na łeb jest w ciągu dnia dużo wyższe niż w nocy, ale za bardzo nie było wyboru. Poza tym warto było zaryzykować, bo w nocy jednak nie wiele widać, a Ice Fall jest naprawdę niesamowity! Istny cud natury, jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałam w swoich podróżach po świecie.


Gdyby nie ja, Jangbu pewnie by przez ten Ice Fall błyskawicznie zbiegł, no a ze mną droga mu się wydłużyła do 6 godzin, bo niestety, nie mogłam oprzeć się pokusie robienia zdjęć. Poza tym nie ma co kryć, że mimo że teoretycznie zejście w dół powinno być dużo łatwiejsze (im niżej, tym łatwiej oddychać, bo więcej tlenu), na Ice Fallu dostaje się mocno w kość, bo kolana takich stromizn nie lubią, a poza tym ciągle trzeba uważać co się robi, bo jeden nierozważny krok i można wylądować w szczelinie. Co chwila zresztą są jakieś drabinki – poziome, pionowe, ukośne, zjazdy, przeskoki przez nieco stresujące szczeliny, niepewne mosty śnieżne, a fakt że są poręczówki pomaga głównie psychicznie, bo powiem szczerze, osobiście nie do końca im wierzę. Trochę kiepsko, bo okazuje się że moje potężne buciory są jednak sporo na mnie za duże – może na a tak szczytowy kiedy założę ze 3 pary skarpet będą okej, ale teraz, przy konieczności precyzyzyjnego stawiania kroków (zwłaszcza na szczeblach drabinek, przechodząc nad 50 metrowej głębokości szczeliną), zadania mi nie ułatwiają.
W pewnym momencie, właśnie nad taką wielką szczeliną, powiedziałam do Jangu niby żartem: „Gdyby moja Mama to widziała!”. I zaraz potem uprzytomniłam sobie, że przecież moja mająca lęk wysokości Mama chyba to widzi, patrząc tam, z Nieba, i może właśnie pilnując, aby te kroki dobrze stawiała.

Powrót do Base Campu był niczym powrót do domu. Jak to miło było pomyśleć, że teraz będzie cieplej, wygodniej, że znowu własny namiot, swojski bałagan, wygodny materac, lepsze jedzenie i drobiazgi dzięki którym życie staje się przyjemniejsze, jak choćby prozaiczna możliwość mycia rąk, wykąpania się (z tym musze poczekać do jutra, z rana kiedy jest ciepło) jedzenia posiłków przy stole, możliwość ogrzania się przy piecyku, szansa na naładowanie baterii… A do tego – czekające w torbie polskie kabanosy, polski kisielek „ z kawałkami owoców”  i inne jedzeniowe uprzyjemniacze. Boże, jak mi  tu brakuje owoców!


To jeszcze jedynka, czyli obóz I.A zresztą – wielu rzeczy brakuje. To wcale nie jest tak, że wyprawa na Everest to „przyjemność” dla każdego. Tu naprawdę dostaje się w kość, a o tym że nie wszyscy wytrzymują trudów, zimna i ogólnie wielu różnych niedogodności, świadczą wykruszające się ekipy. Jak doniosła Olga, która dziś nas odwiedziła, z około 70-tki klientów agencji „Seven Summits” zrezygnowało już kilkanastu (a przecież w Seven Summits warunki pobytu w Bazie są akurat bardzo dobre). Z ekipy Olgi (to już inna agencja) odpadł z kolei wspominany przeze mnie już kiedyś Irańczyk z brytyjskim obywatelstwem, ten 120 kg żywej wagi, który panicznie bał się Ice Fallu. Nawet kilkakrotnie próbował go pokonać, ale nie mógł opanować panicznego strachu (i pewnie – drabinek). Ostatecznie odpuścił i… odleciał do Katmandu helikopterem. A że dziwny to typ, świadczy to, co przed odlotem zrobił. No więc spredał przynależne mu butle zj tlenem, ale jedna, napoczęta, mu została. Ze swoją ekipą miał na pieńku, nie dziwi więc że nikomu nie chciał jej zostawić. No ale są Szerpowie, punkt medyczny, inne ekipy. Co zrobił spasiony Irańczyk? Otworzył zawór butli i wypuścił tlen w powietrze…


Z innych, wzbudzających pozytywne reakcje postaci w gronie ambitnych wspinaczy, „Radio Olga” doniosło o Nepalczyku mieszkającym obecnie w USA, który ma się wspinać bez obu rąk! Pełny szacun, choć trochę niewyobrażam sobie jak ma się to odbywać. No bo rozumiem że „ safty” (asekuracyjną linę poręczową) może wpinać idący obok Szerpa, no ale jak tu podciągać się bez rąk na jumarze?


A wracając jeszcze do Olgi, to w ramach prezentu imieninowego dostałam od niej…. 4 ampułki dexametazonu. Plus igły. Strzykawek Olga nie ma, ale jakoś je zdobędziemy. Mamy jeszcze przetrenować robienie tych zastrzyków. Mam nadzieję że na ćwiczeniach się skończy – nikomu nie będę musiała w ten sposób ratować życia.



Późnym wieczorem, już w śpiworze


Z oddali dochodzi huk lawin. Odruchowo nasłuchuję, czy to nie wali się jakiś serak na Ice Fallu. Wszystko inne może raczej być. Najczęściej lawiny schodzą na Pumori, ale tam raczej nikogo nie ma. Tak czy owak nie lubię takich odgłosów.
Trochę boli mnie gardło. Grzebiąc w torbie z lekami uśmiech wzbudziły u mnie instrukcje na większości opakowań: „Przechowywać w temperaturze poniżej 30 stopni” Oczywiście chodzi o plus 30.  Z tego wynika, że minus 30 jest w porządku.

 


5 maja, niedziela, 32 dzień wyprawy
Zejście z Camp III (7100 m) do Camp II (6400 m)
Trudna noc, śmierć Szerpy


Ale dzisiaj pospaliśmy! To że jest niedziela, więc niby jest do tego prawo to jedno, no ale nigdzie się nie spieszyliśmy, a byliśmy tak zmarznięci, że postanowiliśmy poczekać jak słońce wyłoni się z za gór i ogrzeje nasze namioty.


W międzyczasie z obozu II do naszego obozowiska w „trójce” doszedł Jangbu, przynosząc przy okazji kilka butli oxi (tlenu) do depozytu na atak szczytowy. Niestety, w ramach porannych newsów dowiedzieliśmy się o śmierci Szerpy z obozowiska mniej więcej w linii prostej 100 metrów od nas. 35 lat, przyczyną był prawdopodobnie atak serca.


Helikopter zabiera ciało zmarłego Szerpy.Zupełnie niechcący trafiłam później na akcję spuszczania w dół jego ciała. Akurat wspinałam się wyżej, do tak zwanych Żółtych Skał i musiałam wypiąć się z liny asekuracyjnej aby biednego nieszczęśnika można była odtransportować do lądowiska helikoptera. Dookoła, gdzie się dało, siedziały grupki Szerpów, w milczeniu to wszystko obserwujących (jak najbardziej pasuje tu określenie: „Śmiertelna cisza”). Nie powiem, nie znałam tego chłopaka (choć niewykluczone że dzień wcześniej z nim rozmawiałam, bo byłam w ich obozie ), ale kiedy kilka metrów ode mnie, nieboszczyk się zsuwał, odruchowo się przeżegnałam i kilka łez uroniłam. Nie robiłam żadnych zdjęć – nawet nie wyciągnęłam aparatu uznając że to jednak bardzo intymna sytuacja.


A co do noclegu w „trójce” to bardzo ciekawe doświadczenie. Szczerze mówiąc w nocy nie było wcale tak zimno jak się obawiałam. To znaczy zimno było – wystawiony na zewnątrz śpiwora (wewnątrz namiotu) mój Timex`ik z termometrem wskazał trochę po północy minus 22 stopnie, ale przyznam się że w śpiworku było mi całkiem ciepło, mimo że wcale nie spałam jakoś szczególnie ubrana. Poza tym świetnie sprawdziły się ogrzewacze chemiczne do stóp i rąk. Pamiętam jak przed wyjazdem rozmawiałam z ich producentem (polska firma Elektrowarm), że na takiej wysokości mogą się nie sprawdzić. No ale jak najbardziej się sprawdziły, choć fakt, potrzebowały nieco dłuższego czasu „rozgrzania” (tak naprawdę chodzi o to,  żę musza tam zajść pewne reakcje chemiczne).


A jeszcze sprawa gotowania… Tym razem gotowaliśmy sobie sami, w ekipach namiotowych, rozstapiając śnieg. Oczywiście żadnych ambitnych wyczynów kulinarnych nikt nie uskuteczniał – wybór był pomiędzy zupkami chińskimi i hebatą z herbatnikami. Ale to co mi się podobało to patent z kuchenką – do tej pory zawsze gotowałam na kuchence gazowej ustawianej na ziemi/podłodze i tyle. Okazuje się że Dan kuchenkę podwiesza, tak by dno gazowego kartusza podgrzać świeczką. Rzeczywiście – kuchenka lepiej i wydajniej działa.

Ja z Adamem tego dnia wróciliśmy do „dwójki”, Slavo, Kieran i Scott zostali na drugą noc. No i właśnie – ciekawe że nie ma żadnej konkretnej szkoły aklimatyzacji. Szkoła do której ja się skłaniam (a także nasi Szerpowie), twierdzi, że jedna noc na takiej wysokości to okej, ale pozostawanie dłużej nic nie daje, tylko wyniszcza organizm. Ci którzy zostali dłużej liczą oczywiście na to, że im dłużej tym lepiej. Z kolei część organizatorów wypraw na Everest w ogóle nie zaleca swoim klientom spania tak wysoko – zachęcają aby do takiego wysokiego obozu dojść, chwilę tam posiedzieć i zejść – bez spania. Dziewczyny z punktu medycznego w Base Campie unikają odpowiedzi, twierdząc że to sprawa indywidualna. Zgadzają się jednak że spanie na dużej wysokości w aklimatyzacji może pomóc, ale kondychę i zdrowie osłabia. No i bądź tu człowieku mądry!

Jutro wracam do Base Campu. Kipa, wspominany już kucharz, którego bardzo polubiłam, stwierdził dzisiaj: -W Base Campie będziesz miała lepsze jedzenie... Rzucił coś jeszcze, że on by tu chciał lepiej gotować, ale nie ma ani warunków, ani z czego. Powiedziałam mu, że może i jedzenie będzie lepsze, ale nie będę mogła tak przesiadywać w namiocie kuchennym, no i z nim gadać. Podczas gdy tak sobie miło gadaliśmy, Kipa otworzył puszkę zamarzniętych na kość sardynek, podgrzał je na ogniu, a potem jeszcze z dwóch zorganizowanych skądś kromek chleba tostowego (tutaj to wielki rarytas), zrobił jeszcze tosty. Najadłam się, a teraz... co chwila ganiam do latryny i walczę z rozwolnieniem. Szkoda że nie sprawdziłam, jak z datą ważności tych sardynek. Może to jakieś wykopane z lodowca po wyprawie z minionych lat?

 


4 maja, sobota, 31 dzień wyprawy
Camp III (7100 m)
Imieniny na Ścianie Lhotse

Mój (i Dana) namiocik w obozie III.Ale mam imieniny! Na wysokości ponad 7000 metrów, trzęsąc się z zimna i czekając kiedy wreszcie roztopi się wrzucony do garnka śnieg, z którego potem będzie zupka chińska (pierwszy posiłek od wczesnego śniadania). I tak mam szczęście że mieszkam w namiocie z Danem, dzięki czemu w tym gotowaniu to właściwie wspieram go duchowo, bo Dan ma swoje patenty na zwiększenie wydajności gazowego kartusza. Na dobry początek wylał niechcący zawartość bidonu (chcieliśmy niezużytą wodę wlać do garnka), no i mamy w namiocie powódź.

Przyznam że niełatwo było dotrzeć do obozu III. Tu już daje o sobie znać wysokość - trudno się oddycha, no i szybko się człowiek męczy. Poza tym trzeba się już było trochę powspinać, bo Ściana Lhotse jest już jednak całkiem stroma, a w dodatku w wielu miejscach jest na niej żywy, niebieski lód. Obóz też mamy ciekawie zlokalizowany - na śnieżnej półce na której miejsca jest dokładnie tyle by zmieściły się namioty.  Wygodne wyciągnięcie utrudnia fakt, że  namioty były rozstawione na bardzo niewielkiej, wyrąbanej w lodzie i śniegu tzw. platformie, tak więc zaraz za ich brzegiem była już może nie tyle przepaść co strome zbocze, po którym można było zjechać kilkaset metrów w dół. Roztapiamy wodę ze śniegu - będzie zupka chińska!Nawet do prowizorycznej latryny (o ile tak można nazwać miejsce za skalnym załomem), ze względów bezpieczeństwa prowadziła lina asekuracyjna.

Z ciekawostek dnia - po drodze do "trójki" spotkałam Olgę. Oni ze swoją ekipą w obozie III nie nocują - mają tylko dojść do obozu, "klepnąć" go i wracać do dwójki. No cóż, różne strategie przygotowania do ataku szczytowego różne firmy reprezentują. W każdym razie Olga uprzejmie doniosła, że ich słynny Irańczyk mieszkający w Wielkiej Brytanii, ten który panicznie bał się przejścia przez Ice Fall, ciągle nie mogąc tego Ice Fallu pokonać, postanowił z wyprawy zrezygnować. Swoje nienapoczęte butle z tlenem posprzedawał, ale została mu jedna napoczęta. I co z nią zrobił? Nie oddal nikomu w ekipie, co rozumiem, bo przecież ze wszystkimi miał na pieńku. No ale mógł tę butlę oddać np. Szerpom, albo choćby do punktu medycznego. A on nie - miał bardziej spektakularny pomysł. Co zrobił? Po prostu butlę odkręcił i wypuścił cały tlen "w powietrze".

 


3 maja, piątek, 30 dzień wyprawy
Camp II (6400 m)
Czekanie na pogodę


Dzisiaj w góry nie pójdziemy. Pogoda na zdjeciu jest z innego dnia :)Stara to prawda, że góry uczą pokory i cierpliwości. Zwłaszcza gdy czeka się na pogodę i nie za bardzo jest co robić. Audiobooków chwilowo słuchać nie mogę, bo rozładowała mi się MP3-ka, książkę którą miałam ze sobą, przeczytałam, na ploty do innych obozów nie chce mi się iść bo wiatrzysko takie, że nawet psa by z domu (namiotu?) nie wypędził…  Nawet przejście 30 metrów do namiotu-mesy wydało się wielkim wyczynem. No ale tam jednak się ruszyłam, bo skusiła mnie wystawiona w termosach herbata.


Ponieważ prawie wszyscy zwalili się do mesy, zastanawialiśmy się, co my właściwie tu robimy? Chris stwierdził, że okej, Camp IV to prawie Przełęćz Południowa (prawie już 8000 m), ale ma nadzieję, że za to Camp V to już plaże Tajlandii, zamiast byczyć się na tropikalnych plażach , marzniemy i krztusimy się z braku tlenu, marząc o zupełnie podstawowych rzeczach które gdyby nie nasze dziwne wyboru, spokojnie moglibyśmy mieć.  Zachciało nam się Everestu, kuźwa.

No i jedzenie. Wszystko na jedno kopyto,  więc marzymy o czymś innym. Aktualnie furorę robią herbatniki kokosowe z musztardą – odkrycie Adama, rzeczywiście niezłe (może to kwestia zmiany smaku na wysokości?). Boże, kiedy wreszcie przyjdzie czas, że znowu będę mogła opychać się świeżymi owocami? „Chodzą” za mną polskie jabłka…

W międzyczasie zadzwoniłam do domu. Zasięgu sieci normalnych telefonów tu nie ma, tak więc skorzystałam z Turay`i (telefonu satelitarnego) Dana. Nie chciałam trzymać rodzinki w niepewności co się ze mną dzieje - bądź co bądź powiedziałam im wcześniej że wychodzę w góry na krótko, a tu się wszystko przedłuża. Rozmowa z satelity droga (4 dolce za minutę), tak więc streściłam się w 40 sekundach. Krótko, ale za kilka dni będę przecież w Base Campie, a nawet ta niecała minuta dobrze mi zrobiła psychicznie.

Przy okazji telefonu ktoś rzucił, że miło tak pogadać z "motherland" (czyli ojczyzną). No a ja się zastanowiłam -, "motherland" to w moim przypadku teraz raczej niebo, tam jest teraz miejsce mojej Mamy. Polska zrobiła się dla mnie "faterlandem" (ojcowizną?). Mamo, mam nadzieję że ciągle nade mną czuwasz! Wiem, nie lubiłaś moich wyjazdów w góry, ale zakładam żę teraz w tych górach ze mną jesteś, i mnie pilnujesz?

Jak zawsze uśmiechnieta twarz Jangbu wystająca z namiotu.A propos układów rodzinnych...Podpytałam dzisiaj Jangbu jak wygląda życie rodzinne Szerpów. Okazuje się że dużo zależy od wioski - każda z nich może mieć inne reguły. Bywa np. tak, że zgodnie ze zwyczajem tybetańskim, jedna kobieta wychodzi za mąż za 2-3 braci, co jest dla nich jak najbardziej korzystne, bo dzielą się opłatą jaką muszą dać za żonę (inaczej każdy musiałby płacić oddzielnie). Dla kobiety to też dobry układ - przykładowo jeśli jeden z mężów wybywa gdzieś na dłużej, nie czuje się zaniedbywana, bo przecież jest pod opieką pozostałych.

W wiosce Janbu jest jednak inaczej. Nie ma "wielomężstwa", to facet może mieć dwie żony (ale nie więcej). Jangbu ma akurat tylko jedną, ale ponoć ta jedyna sama mówi, że Jangbu mógłby sobie wziąć drugą, to byłoby mniej roboty. Pytałam czy mieszkające pod tym samym dachem kobiety (bo dzielą ten sam dom)  nie są o męża zazdrosne. Ponoć nie...

 

Wieczorem...

Z prognozy pogody jaką Dan dostał przez telefon satelitarny wynika, że jutro wprawdzie ma padać śnieg, ale za to będzie słabiej wiać. Skoro tak to ponawiamy próbę dostania się do trójki...

I jeszcze... Przy kolacji rozmawialiśmy o polskich himalaistach. W Danie (w końcu to Dan MAZUR) odezwały się chyba polskie geny. W każdym razie doskonale kojarzy i ceni takie nazwiska jak Kukuczka, Rutkiewicz czy Wielicki, w przeciwieństwie do reszty ekipy, której owe postacie nic kompletnie nie mówią. Oczywiście o tym że Polacy zrobili pierwsze w świecie zimowe wejście na Everest, też nikt nie kojarzył...

 


2 maja, czwartek, 29 dzień wyprawy
Nieudane wyjście do Camp III


Everest pokazał nam dzisiaj swoje drugie, prawdziwe oblicze. Albo inaczej  - nauczył nas pokory. Po iluś słonecznych, cieplutkich dniach, kiedy w środku dnia „narzekaliśmy” na upał, dziś mamy przenikliwe zimno, śnieżycę i taki wiatr, że zastanawiamy się czy nie porwie nam namiotów. I to gdzie – wcale nie w trójce, tylko wciąż w dwójce która wygląda niczym wymarły obóz, bo kto wiedział jakie są prognozy pogody – zdążył się stąd ewakuować, a kto nie wiedział – siedzi teraz w namiocie i próbuje się rozgrzać.


Trochę siadły nam nastroje, no bo w końcu nikt nie lubi jak mu coś nie wychodzi. W planach mieliśmy dzisiaj dojście do obozu III, a że rano było jeszcze przyzwoicie, pokonaliśmy już nawet szmat drogi, dochodząc do Ściany Lhotse. Niestety, wtedy właśnie Dan, po konsultacji przez radio z Szerpami którzy byli wyżej, zdecydowali o odwrocie.   Co to znaczyło? To że trzeba będzie jeszcze raz podchodzić pod tą Ścianę Lhotse to jeszcze pal sześć, ale trzeba było zastanowić się, czy siedzimy w tej nieszczęsnej „dwójce” i czekamy na poprawę pogody mocno nadwyrężając swój organizm (na takiej wysokości nawet jak się nic nie robi, to ciało się wyniszcza), albo schodzimy do Base Campu i za jakiś czas podchodzimy od nowa, czyli też się męczymy,  a poza tym znowu narażamy na Ice Fallu.


Poczekamy na prognozy pogody. Tymczasem najedliśmy się gorącej zupy i leżąc w śpiworach liczymy że może wiatrzysko trochę odpuści. Obłożyłam swój namiot kamieniami, ale i tak sprawia wrażenie jakby zaraz miał się unieść w powietrze, wraz ze mną rzecz jasna. Na dodatek mam dziurę (efekt mało ostrożnego machnięcia czekanem), no i teraz nawiewa mi przez nią śniegu.


A tak z obozowych newsów to podobno pierwsi Szerpowie dotarli już do Przełęczy Południowej! Wcale się nie zdziwię, kiedy w ciągu najbliższych dni dowiemy się o pierwszych tegorocznych zdobywcach Everestu (z grona Szerpów na razie).

Z innych spraw: ciągle wszyscy w obozie żyją bójką Simone Moro i Uli Stecka z Szerpami. Ponoć Simone poleciał swoim helikopterem do Katmandu i zwołał konferencję prasową, po której światowe media podały że pod Everestem Szerpowie biją niewinnych wspinaczy. Oczywiście oparto się tylko na wersji Simone, z tego co mi wiadomo Szerpów nikt o zdanie nie pytał.  Postanowiłam ja zapytać. Chciałam namierzyć Szerpów bezpośrednio zaangażowanych w konflikt. Odsyłana z jednego obozu do drugiego w końcu trafiłam do obozu agencji IMG gdzie siedziała grupa Szerpów. Jakaś dziwna zmowa milczenia - nikt nie chce na ten temat gadać. Tłumaczą że byli wtedy gdzie indziej, że nie słyszeli, nie widzieli etc. Po 20 minutach przekonywania ich, że mają szansę przedstawić sprawę, choćby i anonimowo, z punktu widzenia swojej strony, odezwał się w końcu najstarszy z nich i zaczął mówić. "Shit" - zaczął... Potem się jednak rozkręcił. Powiedział że ci, którzy tam byli, są obecnie w Base Campie, ale że wie, że zaczęło się od tego, że Simone i Uli wspinając się zrzucili na pracujących niżej Szerpów lodowe bloki. Kiedy Szerpowie zwrócili im uwagę  (tym bardziej że w międzyczasie kilku z nich zostało lekko pokaleczonych i rannnych), Simone zaczął ich wyzywać, w bardzo ostrych słowach, a potem kiedy się już spotkali na ziemi, również Simone złapał jednego z Szerpów za ubranie, i zaczął go prowokować do bójki.
To wersja Szerpów. Wersję Simone można sobie znaleźć w internecie. Obiecuję że po powrocie z wyprawy, przy pisaniu książki, zamieszczę wszystkie 3 wersje zdarzenia: oficjalną Szerpów, Simone i Uli`ego.

Dobra, póki co kolacja. Wszyscy obstawiają dal bat - potrawę której mamy już po dziurki w nosie. No i co? Zgadliśmy!

 

Wieczorem...
Kryzys... Psychiczny. Po prostu zrobiło mi się tak jakoś tęskno. Za wszystkim - rodziną, znajomymi, normalnym życiem w dolinach. Trochę mi tu brak "polskości", bo ekipa jest w porządku, ale wychodzą różnice mentalności i to, że nie wszystko ze slangowego angielskiego łapię. Chyba zaraz na pocieszenie zjem polską chałwę... :)

 

 

1 maja, środa, 28 dzień wyprawy
Camp II (6400 m)
Dzień restowy

Świat jest piękny!Dziś kolejny dzień „restowy” czyli odpoczynkowy. Z tej okazji śniadanie było dopiero o 9-tej, choć i tak wszyscy zeszli się do namiotu mesowego wcześniej, nie mogąc już dłużej spać w nagrzanych słońcem namiotach. Swoją drogą mnie się tutaj akurat świetnie śpi, no gdyby nie ten ciągły, duszący kaszel oraz ustawiczna konieczność sikania (nawet litrowa „pee-bottle” nie wystarza!).


Dziś miałam super przebudzenie. Przyśnił mi się mój kochany mąż, zapraszając na przygotowane przez siebie śniadanie, złożone m.in. z mojego ulubionego jajka na miękko i pysznej sałatki (Paweł jest sałatkowym specem).


Co do tego mojego kaszlu to dzisiaj przy śniadaniu dostałam takiego ataku, że Dan zabrał mnie do siebie do namiotu, zmierzył mi saturację (spadła do 69%, ale jak na tę wysokość okej) i dał jakieś leki, które mam nadzieję pomogą. Swoich (tabletki thiocodin) brać w tych warunkach nie mogę, tym bardziej że mogą powodować zaburzenia równowagi, a jutro czeka nas dzień wspinaczkowy.

Ale i tak ze mną ogólnie nieźle. Inni mają gorzej. Są nawet tacy (ale to w innych ekipach), którzy już jadą na tlenie, albo na dobre schodzą w dół, bo wymiotują i mają potężny ból głowy. U nas towarzystwo jakoś się na razie trzyma, choć wyraźnie jakieś ospałe się zrobiło. Do południa spali, teraz, po południu, też większość śpi. No i mniej jedzą co mnie akurat cieszy, bo co jak co, ale apetyt to mam wyjątkowy. Zauważyłam natomiast, że na potęgę wychodzą mi włosy. Żadne to pocieszenie że inne dziewczyny też mają z tym problem. Po prostu brak jakichś minerałów.

Póki co jestem świeżo po akcji "porządek". W namiocie, no bo gdzieżby indziej. Przede wszystkim zabrałam się za suszenie zawilgoconych rzeczy, w tym śpiwora. Tutaj to norma - skraplająca się para wodna osiada na wnętrzu płachty namiotowej i w nocy zamienia się w szron, a rano, gdy wyjdzie słońce - w rosę. Wystarczy czymkolwiek dotknąć tego materiału i już jest mokre. Na szczęście jeśli w ciągu dnia jest słońce, a tym samym także suche powietrze, wysycha w miarę szybko.
No a skoro uporządkowałam bety, to się też i "umyłam". Wilgotnymi chusteczkami, bo innej możliwości nie ma (oczywiście jak się takie chusteczki rozmrozi, bo w nocy też zamarzają). Przypomniałam sobie, że kiedy Martyna Wojciechowska była na Evereście, media donosiły że na wysokości 6200 m mogla wziąć prysznic. Te 6200 m n.p.m. to właśnie Camp II, ale niestety, my takich luksusów nie mamy. Mało tego - nawet rąk nie mamy za bardzo jak myć.


Po południu


Za wcześnie napisałam że w naszej ekipie wszyscy się jakoś trzymają. Okazało się że problemy z aklimatyzacją ma Sandra, moja współspaczka. Sandra wprawdzie na szczyt Everestu się nie wybierała, ale miała dojść do obozu III. Niestety, nie dojdzie, bo po bólach głowy jakie dostała, odpuściła dalszą wspinaczkę i schodzi w dół. W pierwszej wersji miała zejść tylko do obozu I i poczekać co dalej, ale już postanowiła, że jutro rano schodzi do Base Campu i do góry już nie wraca. Szkoda, bo Sandrę wszyscy bardzo lubiliśmy i traktowaliśmy ją jako twardzielkę, która w naszych wstępnych opiniach spokojnie by weszła na samą górę. Jak widać w górach nie ma mocnych. Szkoda Sandry... :(

I zmiana tematu: dziś święto kulinarne - na oibad były kartofle! Pal sześć że w smaku naszych pastewnych i przemrożone, ale zawsze to coś innego niż na okrągło tylko ryż albo znienawidzony już przez nas chlebek tybetański (taki placko-podpłomyk). Dobre układy z Kipą zaaowocowały tym, że Kipa wyciągnął mi takiego ziemniaka z garnka jeszcze w kuchni (namiocie kuchennym), jeszcze zanim obiad dostała reszta ekipy. Boże, nie wiedziałam że głupi ziemniak może dać tyle radości!

 

 

30 kwietnia, wtorek, 27 dzień wyprawy
Camp II (6400 m) – dojście do Ściany Lhotse (ok. 6700 m)
Lodowcowy spacerek, dalbat w garnku


Kipa,nasz kucharz w swoim królestwie.Po śniadaniu w ramach kolejnego kroku w aklimatyzacji, poszliśmy sobie w kierunku Campu III, na razie jednak nie wspinając się do niego, tylko niemal spacerową ściążką dochodząc do zlodzonej Ściany Lhotse. Mówiąc o „spacerowej ścieżce” mam na myśli prosty zupełnie techniczne szlak (raki są potrzebne, ale nic poza tym), ale mimo wszystko dający w kość, bo trochę podejścia jednak jest i co kilka kroków problemy ze złapaniem oddechu murowane. Szczerze mówiąc widziałam już kilka osób (z innych ekip) przemierzających ten odcinek na tlenie – niby nie moja sprawa (płacą za każdą butlę średnio 500 dolców, to  mogą robić z nią co chcą), ale jakoś nie rozumiem – jak może myśleć o zdobywaniu Everestu ktoś kto wspomaga się tlenem już na tej wysokości?


Przed kolacją postanowiłam pomóc trochę Kipie, naszemu kucharzowi. Mamy w obozie dwóch Szerpów, ale niestety pomocnik Kipy zaległ ledwo żywy, powalony wysokością(tak, tak, Szerpowie też mają problemy z aklimatyzacją). Kipa który normalnie nie lubi jak mu się ktoś kręci między garami, tym razem obdarzył mnie zaufaniem i pozwolił kroić czosnek (Szerpowie dodają czosnek chyba do wszystkiego), i nauczył robić dal bhat – narodową potrawę nepalską, co może bardzo dumnie brzmi, a w rzeczywistości chodzi o ryż polany sosem z soczewicy. Przy okazji Kipa powiedział mi trochę o sobie. Kiedy nie jest na wyprawie, zamienia się w farmera i w swojej rodzinnej wiosce na wysokości ok. 1800 m uprawia poletka z kukurydzą, prosem, ziemniakami i innymi roślinami. Dzieci Kipa ma dwoje, podkreślając że jak na warunki nepalskie to jednak mało. Zahaczyłam go też o temat yeti. Nie, nie widział nigdy, ale słyszał od starszych Szerpów. Czy yeti jest zwierzęciem czy człowiekiem? Jasne że człowiekiem. Człowiekiem Śniegu.


Przy kolacji naszło nas na opowiadanie, co kto by zjadł. Dal bat jest dobry, ale mamy trochę dość jedzenia jego codziennie, a na inne posiłki – wynalazków puszkowych. Mnie zawsze tęskno za pomidorówką teściowej i naleśnikami mojej Mamy, choć teraz, kiedy Mamy już nie ma, pałeczkę w Kolacja. Siedzimy na materacach.robieniu fantastycznych naleśników z serem i cynamonem z powodzeniem przejął Tata. No i sałatki autorstwa mego Męża! Już na samą myśl dostaję ślinotoku!


A co do jedzenia to teraz posiłki spożywamy siedząc na ziemi. No może przesadzam – na rozłożonych w namiocie-mesie materacach, a za stój służy cerata. Oświetlenia rzecz jasna nie ma – zastępują je latarki-czołówki oraz świeczki włożone w wypełnione kamykami puste puszki. To u nas, bo jak widziałam są „bogatsze” obozy, gdzie Szerpowie wtachali stoły, wygodne krzesła, a warczące generatory zapewniają oświetlenie i ogrzewanie. Ale szczerze mówiąc nasza wersja w zupełności mi pasuje - przynajmniej jest nastrojowo i integracyjnie.


29 kwietnia, 26 dzień wyprawy
Camp II (6400 m)
Dzień restowo-towarzyski


Straciłam rachubę dni. Nie wiem który dzisiaj mamy, jaki dzień tygodnia (dowiaduję się dopiero wpisując na bloga)… Ważna jest jedynie pogoda, główne problemy to zimno, mokre rano śpiwory, zamarzająca pasta do zębów etc.


Chyba mam lekki kryzys. Chciałabym do domu, ale jak sobie przypomnę ile kasy i przygotowań wymaga ta wyprawa, zaciskam zęby i powtarzam sobie, że w końcu nie jest mięczakiem, nic na siłę, ale przecież nie można się poddawać. Nie ukrywam, w nocy bolała mnie lekko głowa, co rzecz jasna na tej wysokości zupełnie usprawiedliwione,zwłaszcza że nie wspomagam się diamoxem (diuramidem), który w naszej ekipie biorą chyba wszyscy, Wkurza mnie też ten mój kaszel, który na wysokości jest szczególnie męczący, bo każdy jego atak odbiera energię i doprowadza do zadyszki. Poza tym jest mi głupio, że w nocy przez ten kaszel budzę nie tylko Sandrę, z którą dzielę teraz namiot, ale także wszystkich dookoła (zwłaszcza Chrisa, którego namiot jest tak blisko naszego, że dzieli nas zaledzie 15 cm przerwa).
Ponieważ jak zwykle trochę szkoda mi było czasu na przesypianie dnia i słodkie nicnieróbstwo, pochodziłam sobie trochę po obozowisku. W przeciwieństwie do w miarę czystego Base Campu (bo tak chyba jakieś służby porządku pilnują), w dwojce śmieci nie brakuje. Czego tam nie ma – stare, pordzewiałe termosy, zużyte trampki, podziurawione gary, walające się puste i pełne puszki, mnóstwo papierów i plastików… Pewnie po zakończonej akcji górskiej nikomu się nie chce śmieci znosić – liczy się że pochłonie je lodowiec, ale nawet ten ma ograniczone możliwości.


Z odwiedzonych dzisiaj podobozów najmilej było u Malezyjczyków. Wyjątkowo gościnna i serdeczna ekipa, choć trochę zaskoczyła mnie drobniutka dziewczynka, która też ma atakować Everest. Kiedy z pewnym podziwem zadałam retoryczne pytanie: -Oj, to musisz być bardzo wysportowana?, dziewczę bez żadnych zahamowań stwierdziło: -Mam dwóch Szerpów, którzy najwyżej mnie wniosą!


A teraz sensacja dnia: bójka Simone Moro i Uli Stecka (pisałam już o nich, po naszym spotkaniu – chodzi o wspinaczy ze światowej czołówki), z Szerpami. Wszyscy o tym mówią, cały Camp trzęsię się od plotek. Nie znam wersji Simone, ale Szerpowie są wściekli, obrażeni i rozżaleni. Według tego co do mnie dotarło, chodziło o to, że Simone, Uli i ktoś tam jeszcze, wspinali się ponad Szerpami zakładającymi liny poręczowe do Campu III. Ponieważ waląc czekanami w lodową ścianę zrzucali na znajdujących się w dole Szerpów bryły lodu, zostali poproszeni aby wstrzymali się ze wspinaniem (tym bardziej że Szerpowie wykonywali swoją pracę jakby dla wszystkich, do ogólnego użytku). Ponieważ Simone i Uli nie posłuchali, tylko dalej zrzucali lód w końcu raniąc dwóch Szerpów, Szerpowie się wkurzyli, poczekali aż wspinaczkowe sławy zejdą ze ściany, a co było potem to już krąży tyle wersji, że dopiero jak uda mi się uściślić co i jak – dopowiem ciąg dalszy. W każdym razie jedna z wersji to Uli ze złamanym zębem.


28 kwietnia, 25 dzień wyprawy
z Campu I (6000 m) do Campu II (6400 m)
Góry wielkie, aż do nieba!

Całkiem dobrze mi się dzisiaj szło (szliśmy z "jedynki" do "dwójki"). Nawet się nie zmęczyłam, bo choć do pokonania było ok. 400 m w pionie, teren wznosił się dość łagodnie. Poza tym nie licząc kilku drabin, śnieżnych mostów i pewnie kilkunastu szczelin przez które trzeba było przeskakiwać (czyli to, czego najbardziej niellubię), większych trudności technicznych nie było. Ogólnie miałam wrażenie że idę po jakiejś zasypanej śniegiem ogromnej hali czy łące, innym kojarzyło się to z megawielkim boiskiem do piłki nożnej.

Ale wielki ten obóz – Camp II! Właściwie to bardziej pasowałoby określenie ABC, czyli baza wysunięta. Namioty ciągną się na przestrzeni kilometra i więcej, w każdym obozie jest namiot latrynowy, kuchenny i mesa. Oczywiście nie ma aż takich luksusów jak w Base Campie, ale i tak jest to całkiem imponujące miasteczko namiotowe.
No i to otoczenie! W tym przypadku obóz jest już dokładnie pod ścianą Everestu, w otoczeniu imponujących lodowców. Według opowieści Dana jakiś czas temu w obozie zginęła ekipa Koreańczyków – mieli pecha że ich namioty znalazły się na drodze lawiny. Teraz już chyba bardziej zwraca się uwagę na bezpieczeństwo – nam w każdym razie nic nie grozi.


Jestem szczęśliwa!Teraz siedzę sobie trochę za obozem, bo chcę się trochę nacieszyć górami w samotności. Chyba śnię! Wciąż nie mogę uwierzyć, że tu jestem i te olbrzymie góry które mnie otaczają, istnieją naprawdę! Doceniam dar od losu/Boga/Stwórcy - niech każdy to nazwie po swojemu... Dar, że mogę tu być, że realizują swoje pasje, że mam ciekawe życie, choć z drugiej strony w dużej mierze sama sobie na to zapracowałam. Z drugiej strony mam świadomość, że los nie jest sprawiedliwy. Przed wyjazdem do Nepalu rozmawiałam z Pawłem z Braniewa - fantastycznym, na przekór wszystkiemu pogodnym chłopakiem, od wielu lat przykutym do łóżka/wózka. Zaproponowałam Pawłowi, by kiedy będę w Warszawie, przyjechał do mnie. I wtedy Paweł uświadomił mi, że to niemożliwe. A mnie zrobiło się głupio, bo pomyślałam sobie jak różne mogą być "Everesty". Dla mnie, przynajmniej teraz, szczytem marzeń i dążeń jest najwyższa Góra świata, dla Pawła swoisty "Everest" stanowi przyjazd do Warszawy. Pawle, oczywiście przyjadę do Braniewa - pokażę Ci zdjęcia, poopowiadam jak było! Ale tak sobie myślę, że nic nie dzieje się bez powodu. Może właśnie ów los/Bóg/Stwórca dlatego dali mi zdrowie, siłę, możliwości, bym różne swoje szalone pomysły realizowała i potem dzieliła się wrażeniami z tymi, którzy mają trochę inne życie? Tym bardziej że droga do realizacji tych pomysłów też nie jest łatwa - wymaga trudów, wyrzeczeń, samozaparcia. W końcu nikt nie obiecywał że będzie łatwo...


27 kwietnia, 24 dzień wyprawy
Camp I (6000 m)
Turek bez palców, bliźniaczki-wspinaczki

W obozie I.Camp I, czyli inaczej „jedynka”, to taki obóz „tranzytowy”. Zatrzymują się w nim ekipy po raz pierwszy wychodzące do góry, czyli dopiero aklimatyzujące się. Za każdym następnym razem „jedynkę” się już zwykle pomija, idąc z Base Campu od razu do „dwójeczki”.

Trudno było w nocy spać, bo porywisty wiatr szarpał naszymi namiotami z taką furią, że myślałam że je porwie. Nic dziwnego że większość ekipy w ciągu dnia nadal spała, albo czytała (ja słuchałam swoich audiobooków), albo słuchała muzyki. Ja akurat nie wytrzymałam, bo ile można siedzieć w namiocie i poszłam trochę się przejść. Wpatrywałam się w Everest (wierzchołka jeszcze nie widać), który wydaje się niemal na wyciągnięcie ręki, a tymczasem to jeszcze 2 km w pionie! Jakoś ciągle nie mogę uwierzyć, że tu jestem – wszystkie te okoliczne góry wydają mi się jakąś fatamorganą, snem z którego się przebudzę i okaże się że jestem w domu albo na przykład na plaży Zanzibaru. Bogu dzięki wciąż czuję się dobrze – owszem, zadyszkę łapię, ale za to zero bólu głowy, a jeśli chodzi o apetyt to mam wrażenie że jem więcej od kolegów.


Mój spacer zakończył się w rozstawionym po sąsiedzku obozie „Seven Summits” gdzie popijając herbatkę imbirową poznałam Aydina - Turka, który już w zeszłym roku Everest zdobył, a choć przypłacił to odmrożonymi i po częśći amputowanymi palcami, w tym roku startuje na Dach Świata ponownie. Na pytanie dlaczego to robi, tym bardziej że to tyle kasy, stwierdził, że „Everest daje mu energię”.


Odmrożone (amputowane) palce tureckiego wspinacza.Po obiedzie w obozie pojawił się Grzegorz  - jeden z moich znajomych już GOPR-owców (drugi z chłopaków jak się okazuje z założenia nie zamierza się wspinać, nawet nie ma permitu). Przy okazji poznałam jego wspinaczkową kumpelę – Ursulę z Argentyny, pracującą jako przewodniczka na Aconcagule. Bardzo fajna dziewczyna. A przy okazji plotek z Seven Summits (bo Grzegorz i Ursula to też Seven Summits) – dowiedziałam się że są u nich dwie siostry, Hinduski, które postanowiły że zostaną pierwszymi w świecie bliźniaczkami na szczycie Everestu. Ciekawe jak im pójdzie, bo jak na razie zajęte są ponoć przede wszystkim dbaniem o własny wizerunek – bez makijażu z namiotu nie wyjdą! :)

 

 


26 kwietnia, 23 dzień wyprawy
Wyjście z Base Campu do obozu I (6000 m)
Seraki z lewej, seraki z prawej


To już końcówka przejścia przez Ice Fall.Ice Fall zaliczony! Wcale nie było tak źle, jak to sobie wyobrażałam po różnych opowieściach. Inna jednak sprawa, że może i dobrze, że przechodziliśmy go nocą, kiedy wszystko jest zmrożone, czyli bezpieczniejsze, a poza tym nie za wiele widać (mowa o głębokich szczelinach czy pęknięciach w serakach). Co do bezpieczeństwa, to zauważyliśmy że zawsze wychodząc na Ice Fall ze wspinaczami, Szerpowie palą na pozostałym po pudży ołtarzyku „magiczne” zielska – na szczęśliwą drogę.


Emocje oczywiście były. Ja na dzień dobry, jeszcze przed wyjściem (startowaliśmy o drugiej w nocy), rozkrwawilam sobie dłoń (prawdopodobnie pakując raki), a że biorę leki na rozrzedzenie krwi, nie łatwo było ten w sumie nieduży krwotok zatamować.


Już po 10 minutach od wyjścia o rozwalonej ręce zapomniałam, bo zaczęłam przeklinać ciężar plecaka. Ponieważ wcześniej go zważyłam, wiedziałam, że ma ponad 15 kg. Oj, jak zazdrościłam tym  z naszej ekipy, których stać było na wynajęcie prywatnych Szerpów!


Za to kiedy już weszliśmy w Ice Fall o plecaku i ręce zapomniałam, bo jak urzeczona napawałam się otaczającą mnie krainą śniegu i lodu. Akurat była pełnia Księżyca, tak więc stworzył się jakiś taki mistyczny nastrój i nawet czołówek (latarek) świecić nie trzeba było. Mało tego, było dość ciepło, tak więc nawet puchówkę (kurtkę) wrzuciłam na sam spód plecaka, a jeśli chodzi o rękawice, też okazały się bezużyteczne. Niestety, przy jakimś tam postoju na przepakowanie, zgubiłam… czekan! Gapa, pewnie go kiepsko przymocowałam. I żadne to pocieszenie że jakiś tam zapasowy dostanę…


Przeskakiwanie przez szczelinę.Ice Fall to taki śnieżno-lodowy labirynt, przez który na początku sezonu wspinaczkowego specjalna, elitarna (i odpowiednio dobrze opłacana) grupa Szerpów, tzw. Ice Fall Doctors, wytycza drogę, którą również poręczuje, a potem codziennie sprawdza. Zagrożeniem są nie tylko szczeliny, ale przede wszystkim potężne seraki, czyli śnieżne bloki, które rzecz jasna czasem pękają i walą się na zasadzie „na kogo wypadnie, na tego bęc!”. Oczywiście lepiej przy takim walącym się seraku lepiej nie być – szansy że się przeżyje spadające na kark ileś ton śniegu czy lodu, praktycznie nie ma.


No ale seraki są niezwykłe. Mają najprzeróżniejsze kształty – domów, baszt, rożnych postaci. Niczym w bajce. Kluczenie między nimi wymaga przeskakiwania przez węższe lub szersze szczeliny (tego akurat nie lubię), podciągania się przy stromych ściankach – na rękach, linie czy jumarze (samoblokujące się urządzonko alpinistyczne) no i – to najczęściej – przechodzenia po drabinkach różnego typu (pionowe, poziome, ukośne, czasem połączone z kilku, a żadnych sztywnych poręczy – nie ma). Nogi dygocą, umysł pyta: co ja tutaj robię, człowiek nieporadnie walczy z każdym metrem, a tymczasem obok przebiegają (tak, przebiegają!) obładowani ponad wszelkie normy Szerpowie, przyprawiający wspinacza takiego jak ja o niezłe kompleksy.


W utrzymaniu odpowiedniego stopnia adrenaliny pomaga dobiegający co jakiś czas huk – czasem jest to pękający serak, czasem waląca się gdzieś lawina (to zwykle na pobliskich górach, gdzieś z boku, ale wrażenie robi). Wzmożone bicie serca (to jeszcze na początku) wzbudza też przejście w poprzek jeziorka – w nocy niby zamarzniętego, ale z tego co wiem, jego tafla jednak nie zawsze wytrzymuje, a żadne to pocieszenie, że nie jest głębokie.


Główne emocje Ice Fallu - drabinki nad szczelinami.Jeden z piękniejszych widoków tej nocy, to oświetlony blaskiem Księżyca szczyt Pumori, a potem świt i wynurzające się z niego coraz to nowe kształty.


Przejście przez Ice Fall, do obozu I zajęło nam bite 6-7 godzin, choć fakt, bez pośpiechu, z licznymi przerwami (przy okazji przetestowałam żele energatyczne), z pogadaniem ze spotkanymi po drodze znajomymi. Spotkaliśmy m.in. Olgę – miała niesamowicie spieczoną twarz i mówiła że doszła do „dwójki” (obozu II – 6400 m), ale miała kłopoty z wysokością – wymiotowała, walczyła z bólem głowy i w rezultacie postanowiła wrócić z założeniem ponownej próby. Poza tym gdzieś tam po drodze zagadała też do mnie Messa… (wspominana przeze mnie amerykańska wspinaczka, którą poznałam w czasie wizyty w namiocie Simone Moro). Wieść gminna niesie, że dzień wcześniej polecieli sobie z Simone helikopterem do Kathmandu. Fajnie tak – na kilka godzin przeskok do cywilizowanego świata, choć z drugiej strony nie jestem pewna czy taką formę kontaktu z górami popieram.


Przy dojściu do „jedynki” słońce paliło już niemiłosiernie. Ostatni odcinek szłam już tylko w lekkiej koszulce, a gdybym miała kostium kąpielowy, też chętnie bym w niego wskoczyła. Z czasem okazało się że nawet namioty nie za bardzo dawały odskocznię od gorących promieni. Ponoć nie na darmo mówi się o ograniczonym górami: Nuptse, mające charakterystycznie postrzępioną grań Lhotse, Everest i Lho La Kotle Zachodnim, że to „Khumbu barbecue”. W każdym razie bez okularów i warstwy mocnego kremu-filtru, nie ma się co tu pokazywać. Najgorzej ma Scott, który jakiś czas temu miał raka skóry, więc szczególnie musi uważać.


 

25 kwietnia, 22 dzień wyprawy
Wyruszamy w górę


Przejście przez lodowiec.Dziś w nocy wyruszamy w górę, z zamiarem stopniowego dotarcia do obozu III, czyli docelowo na wysokość 7500 m. Bez tlenu rzecz jasna, bo to jeszcze „nisko”. Oczywiście wszystko zależy od pogody i naszego samopoczucia. Jeśli wszystko pójdzie planowo, wrócimy za około tydzień-10 dni i wtedy pewnie pojawi się kolejny wpis na blogu.


Rzecz jasna nawet jeśli będziemy się dobrze czuli, nie mamy teraz w planach ataku szczytowego – ciągle jest to jeszcze aklimatyzacja, no i wynoszenie sprzętu do wyższych obozów.


W każdym razie idę się zaraz pakować. Startujemy o północy, żeby przez niezbyt bezpieczny Ice Fall (spadające seraki etc.) przejść w czasie, kiedy wszystko jest zmrożone i ryzyko że coś spadnie na głowę (np. tona lodu) jest odpowiednio mniejsze. Przedwczoraj Ice Fall został oficjalnie zamknięty – na jeden dzień, bo właśnie zawalił się ogromny serak. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale trzeba było czasu, żeby specjalna, elitarna grupa Szerpów, tak zwanych „Ice Fall Doctors” usunęła zwały lodu i założyła nowe poręczówki. W międzyczasie owi „lodowcowi doktorzy” nawet zwracali się do poszczególnych ekip z prośbą o przydzielenie im do pomocy Szerpów z obozów, a poza tym rozdawali jeszcze oficjalne pisma, że miło by było aby wspinacze wpłacili na ich konto po 3000 rupii (ok. 35 dolarów). Mam wrażenie że nikt tymi apelami się specjalnie nie przejął, uważając że to wręcz bezczelność występować z czymś takim, przy pieniądzach jakie „doktorzy Ice Fallu” zarabiają.  Zarabiają niemało, bo część pieniędzy z zezwoleń idzie właśnie na ich opłacenie, a docenia się że to praca wysokiego ryzyka. Z drugiej strony często słyszę, że chyba „doktorom” się w głowach poprzewracało, bo nie mają wcale tak dużo do roboty, żeby nie poradzić sobie bez dodatkowych „posiłków”.

Jeden z naszych bazowych Szerpów u lekarza.A tak w ogóle to znaleźliśmy nowe miejsce na internet - 15 minut od Base Campu, na wzgórzu wyrastającym z Ice Fallu. Dookoła tylko seraki, tutaj akurat bezpieczne. Niesamowity krajobraz, no i połączenie całkiem dobre. Śmiesznie to wygląda - tuż obok himalajskie kolosy, typowo wysokogórska atmosfera, a my siedzimy w czwórkę (ja, Dan, Steve i Dave) w rozbitym namiocie i stukamy w nasze laptopy. Swoją drogą obok rozbili namiot i także surfują w internecie Hindusi z ekspedycji indyjskiej. Dan śmieje się, że ponoć w ubiegłym roku była jakaś wielka wyprawa indyjska, z której ileś tam osób rzekomo zdobyło Everest, tylko że jakoś nikt ich nie widział, nawet ich własny Szerpa :). Ponoć tłumaczyli się że była kiepska pogoda i zła widoczność :).

Po drodze tutaj zahaczyliśmy o namiot medyczny, zaprowadzając do lekarza Slavo, który ma problemy z okiem (dostał jakiegoś mikrowylewu) i jednego z Szerpów, który ma problemy z kolanem (dla Szerpów porady lekarskie są darmowe). Przy okazji, skoro zaczynamy akcję górską, zapytałam o ten mój kaszel. Mnie on specjalnie nie dokucza, ale sąsiedzi z sąsiednich namiotów narzekają że ich w nocy budzę. Na szczęście po osłuchaniu i sprawdzeniu garda wyszło że to nic groźnego - po prostu "ten typ tak ma". Przy okazji sprawdziłam sobie też saturację - 84%, czyli na tej wysokości super (znaczy się - dobrze się aklimatyzuję).

 

24 kwietnia, 21 dzień wyprawy
Base Camp, Ice Fall (ok. 5360 m)
Ćwiczenia na Ice Fallu, nowi koledzy


Ćwiczenia na Ice Fallu.Większość dzisiejszego dnia zajęło nam szykowanie sprzętu i ćwiczenia wspinaczkowe na Ice Fallu. Chodziło o otrzaskanie się z całym sprzętem i szpejem wiszącym przy uprzęży, przyzwyczajenie się do chodzenia w rakach przypiętych do potężnych buciorów (to trochę inaczej niż w rakach które używa się np. w Alpach, zakładanych do bardziej normalnych butów), no i wyrobienie sobie nawyku chodzenia z jumarem (taki przyrząd zaczepiany w linę, z którym do góry można się spokojnie wspinać, ale jeśli by się odpadło od ściany, straciło przytomność itp., to przyrządzik się samoczynnie blokuje). Oczywiście było wspinanie po śnieżno-lodowych ścianach, różne techniki zjazdów (przy okazji dowiedziałam się że przyrząd zjazdowy zwany powszechnie „ósemką”, przez Westmenów często nazywany jest „bałwanem”),  zaliczyliśmy też trochę zabawy z czekanami, no i symulacje przechodzenia przez szczeliny lodowcowe po poziomych drabinkach. Te drabinki najbardziej nas chyba przerażały, tym bardziej że nie ma przy nich stabilnych poręczy, no ale jakoś wszyscy temat opanowali. Inna sprawa że pożyczone na dzisiaj drabinki były raptem z metr nad ziemią, a kiedy przyjdzie przechodzić nad kilkudziesięciometrową przepaścią, może być mniej przyjemnie.


Przechodzenie po drabinkach nad lodowcowymi szczelinami.Przy obiedzie, mocno opóźnionym ze względu na ćwiczenia lodowcowe, wreszcie mogliśmy poznać tajemniczych dwóch członków ekipy everestowej, o której do tej pory wiedzieliśmy tylko że mają dotrzeć, ale nie było wiadomo kto to taki i kiedy się z nimi spotkamy. W każdym razie dzisiaj chłopcy wreszcie dotarli. Sprawiają wrażenie bardzo doświadczonych pod względem górskim, a przy okazji- bardzo sympatycznych. Młodszy, Steve, ma 30 lat i pochodzi z Kalifornii, Dave to z kolei młodo wyglądający 45-latek z Chicago, ale tak naprawdę obydwaj mieszkają teraz w okolicy Salt Lake City, czyli w stanie Utach (USA). Jak to usłyszałam to od razu wypaliłam z pytaniem, czy są Mormonami (Salt Lake City to stolica Mormonów)? Okazało się, że tak. Mało tego - brat Steve`a był w Polsce przez 2 lata na mormońskich misjach, tak więc Steve kojarzy sporo polskich słów.


Teraz już prawie kolacja. Po ładnym poranku, który Włosi znowu wykorzystali na latanie swoim helikopterem nad bazą (trochę nas już to wkurza, tym bardziej że przecież jesteśmy na terenie parku narodowego, a ten helikopter robi naprawdę sporo hałasu), popołudnie zrobiło się tak smętnie pochmurne , że zrezygnowałam z łażenia po bazie i udzielania się towarzysko, za to zdobyłam się na pobieżne mycie, także głowy (musiałam, bo chodzenie w czapce niemal non-stop i do tego jeszcze spanie w czapce, dobrze moim włosom nie robi), no i wzorem innych zamelinowałam się w namiocie czytając książki i pisząc bloga.


Przerywnik w ćwiczeniach.A tak z innych spraw to mieliśmy cichą „wojnę o flagę”. Wracając wczoraj z biwaku na Pumori na szczycie górującego nad naszym obozem wzgórza zobaczyliśmy powiewającą dumnie flagę narodową Słowacji. Powiesił ją Slavo, który zszedł z góry wcześniej, bo się źle czuł. No to ja na to, że skoro wisi flaga słowacka to ja powieszę polską (malutką polską mam przy namiocie, ale niezależnie od tego posiadam jeszcze zdjętą z mojego ukochanego jachtu polską banderę, która jest odpowiednio większa). No i zaczęło się, bo reszta reprezentowanych w obozie nacji (mowa o kolegach i koleżankach) flag swoich krajów nie ma, czyli nie ma co wieszać, ale rzecz jasna obcych flag akceptować nie zamierza. Ostatecznie polskiej flagi nie powiesiłam, a gdy rano wstaliśmy, nie było też słowackiej. Przy okazji tej historii  wyszło na jaw, że Amerykanie w ogóle nie znają flag europejskich państw, a już na pewno nie kojarzą polskiej czy słowackiej.

Powyżej: Zdjęcie uznane przez naszą ekipę za zdjęcie dnia :). Ten z lodowym soplem to Chris, w głębi Don.

 


22-23 kwietnia, 19-20 dzień wyprawy
Base Camp – ABC Pumori (5740 m) – Base Camp
Piękne widoki i pośpieszny odwrót


Widok na Everest i Lhotse z Pumori ABC.Wczoraj po lunchu wyruszyliśmy w ramach aklimatyzacji na 2-dniowy biwak do bazy wysuniętej siedmiotysięcznej góry – Pumori. W przeciwieństwie do wycieczki dzień wcześniej, tym razem szło się fajnie, bo przygrzewające słońce roztopiło śnieg i nie było już tak ślisko, co przy skakaniu po ruszających się kamieniach, ma jednak znaczenie.


Tym razem dzieliłam namiot z Sandrą, z którą całe popołudnie przegadałam o nurkowaniu (Sandra jest Niemką pracującą w Australii jako dive master, no a ja też przecież nurkuję), ale że zrobiło się strasznie zimno, ogólnie wszyscy położyli się szybko spać.
Za to poranek następnego dnia był bajkowy. Niebieskie niebo, no i widoki! I to jakie widoki! Naprzeciwko nas – Everest, trochę nieśmiało kryjący się za górą o nazwie Lo-la, z boku Lhotse, no i dumne Nuptse. Z kolei w dole, nisko ponad nami – biała, pofałdowana wstążka lodowca Khumbu no i kolorowe namioty bazy. A, i  rzecz jasna najeżony serakami Ice Fall pnący się wysoko w górę. Siedzieliśmy, gapiliśmy się jak urzeczeni, wiedząc że takie widoki to właśnie jest nagroda za trudy wchodzenia, zadyszkę, ból głowy (u mnie akurat nie), marznięcie i wszelkie inne niedogodności które w górach rzecz jasna są, a o których często się nawet nie wspomina, uważając to za normalne zjawiska.


Nasz biwak w Pumori ABC - 5740 m.W międzyczasie Dan nam urządził jeszcze plenerowe szkolenie z , medycyny wysokogórskiej, z naciskiem na sytuacje z jakimi możemy zetknąć się przy ataku szczytowym. To że na Evereście ludzie beztrosko mijają wspinaczy umierających tuż przy drodze wspinaczkowej, nie udzielająx im pomocy, to niestety przykra prawda. Na wszelkie pytania o organizację naszego wejścia, a zwłaszcza sprawy bezpieczeństwa, Dan ma zawsze jedną odpowiedź:” - To jest Everest. Na tej górze nie ma żadnych reguł!”. Wychodzi na to że na pomoc z innych wypraw nie mamy co liczyć – liczyć mamy na siebie i na partnerów z naszego zespołu. Jak z naszą pomocą innym (w sensie – obcym) to już sprawa indywidualna. Co do mnie, to chyba nie miałabym problemu żeby zrezygnować z wejścia aby kogoś uratować. Ale rzecz jasna wolałabym nie być w takiej sytuacji.


Przy okazji dowiedzieliśmy się, że teraz helikoptety ratunkowe latają już nawet do obozu II, czyli na jakieś 6700 m. To że zabranie klienta z tej wysokości kosztuje 25 tys. dolców, to już drobny szczegół.


Niestety, nasze plany aklimatyzowania się przez dwie noce w Pumori ABC zostały dość szybko zweryfikowane. Większość z nas ucinała sobie właśnie poobiednią drzemkę (ja też), kiedy gruchnęła wieść, że musimy pilnie zejść w dół, bo był telefon od nepalskich władz, że nie mamy zezwolenia na ten biwak. Tak naprawdę to ktoś musiał nas podklablować, bo przecież władze w Katmandu same z siebie nie wiedzą że na wysokogórskim klifie stoi kilka namiotów. Oczywiście chodziło o kasę, bo tu za każdą górę płaci się całkiem spore sumy. Cóż było robić - rzecz jasna grzecznie zeszliśmy. Potem okazało się, że i tak mieliśmy szczęście, bo była ponoć jakaś ekipa, która też wybrała się na aklimatyzację do Pumori ABC bez permitu (zezwolenia), no i dostali karę 1000 dolców.


Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Z racji tego że już po południu byliśmy w bazie, razem z Wiolą zrobiłyśmy nalot Oldze –wspominanej już Polce, która obchodziła akurat swoje 50 urodziny. Dla Olgi był to akurat kiepski dzień, bo rozbolała ją głowa (normalne na wysokości), no ale mimo to  wypiłyśmy urodzinową herbatkę, odśpiewałyśmy Oldze „Sto lat” i dałyśmy jej jeden z moich batonów energetycznych, żeby zapewnił jej siły w wejściu na górę.


21 kwietnia, wieczorem - uzupełnienie
Base Camp (5360 m)
Życie codzienne w bazie


Dostałam od kilku osób pytania jak to jest z tymi obozami w bazie i jak wygląda bazowa codzienność. No dobra, już wyjaśniam.


Namioty w bazieNo więc w obecnych czasach, ze względu na koszty i formalności, nie ma praktycznie w bazie pojedynczych wspinaczy, rozbijających się na własną rękę. Wszyscy podłączają się pod tzw. agencje – nepalskie albo zachodnie (choć te zachodnie i tak korzystają z nepalskich), dzięki czemu korzystniej rozkładają się koszty zezwoleń (przeciętnie 10 tys. dolców na osobę), logistyka dotarcia do bazy (7-10 dni trekkingu) oraz koszty pobytu w bazie. Prawda jest taka, że choć na trekkingu można iść samemu, kompletnie się to nie opłaca – w grupie ma się kucharza, jaki, tragarzy, z kolei idąc samemu nie ma się co łudzić - nie da się wtachać na plecach sprzętu i jedzenia na 2 miesiące, nie mówiąc o tym że jeszcze wyda się mnóstwo kasy na jedzenie i picie które w knajpkach po drodze jest bardzo drogie.


W każdym razie w bazie każda agencja ma swój obóz w którym jest albo zbieranina indywidualnych wspinaczy z różnych krajów (tak jak u nas, czyli w Summit Climb), albo jakieś konkretne ekspedycje, często „narodowe” (tak jak wyprawa indyjska czy chińska). Standard obozów zależy od tego ile klienci płacą, stąd u niektórych te wspominane już przeze mnie ogrzewane namioty, kwiatki na stołach, lepsze jedzenie, telewizory, stały dostęp do prądu etc,, albo tak jak u nas – skromnie, bez luksusów, choć za to bardzo sympatycznie i bardziej „górsko”.


Widok na bazę z innej strony.Niezależnie od standardu obozu każda ekspedycja ma swoich oficerów łącznikowych, czyli przydzielonych przez rząd nepalskich urzędników, biorących za tę funkcję dużo kasy, a co tacy oficerowie robią – nikt właściwie nie wie. My u nas mamy nawet dwóch, jeden do ekipy na Everest, drugi na Lhotse, choć rzecz jasna żaden z nich w góry nie wychodzi. Mało tego – do tej pory ich nawet nie widzieliśmy! :). Można powiedzieć że ci oficerowie to tacy „kapusie”, teoretycznie pilnujący czy ma się zezwolenia na wspinaczkę albo np. radiotelefony (250 dolarów od sztuki, tylko za możliwość ich używania), czy chodzi się tam gdzie pozwala „permit” i  czy obóz funkcjonuje zgodnie z  przepisami.


Co do tych przepisów to niektóre są akurat bardzo sensowne, jak choćby te dotyczące ekologii. Bardzo pilnuje się sprawy śmieci (wszystkie są znoszone w dół, do utylizacji) i toalet. W każdym obozie muszą być min. dwa namioty latrynowe – jeden na lżejsze potrzeby (sika się na kamienie, wszystko wsiąka w lodowiec) i drugi na cięższe sprawy, załatwiane do beczki, po zapełnieniu także transportowanej przez Szerpów w dół.


Życie bazowe rozpoczyna się dość wcześnie rano, na ogół tym że do namiotu przychodzi Szerpa i roznosi gorącą herbatę. Na początku trochę się z tego śmiałam, bo nie jestem przyzwyczajona do tego że ktoś mi coś podaje do łóżka (w tym przypadku do śpiwora), ale teraz muszę przyznać, że to naprawdę fajny patent na rozbudzenie i rozgrzanie, zwłaszcza gdy trzeba zaraz wyjść na mróz. Mróz rano jest całkiem spory, co widać po nieopatrznie zostawionych na zewnątrz namiotu butelkach z płynami, czy choćby po zlodowaciałym mydle w płynie jaki zostawia się przy wiaderku z wodą do umycia rąk przed śniadaniem. Mycia rąk w każdym obozie bardzo się pilnuje, bo nikt nie chce nabawić się np. biegunki, a poza tym chodzi o to, by nie roznosić bakterii osiadających na dłoniach choćby przy kichaniu czy kasłaniu, gdy zasłaniamy usta/nos.


Pizza - przebójh jednej z kolacji.Co do posiłków to u nas sygnałem że czas przyjść do mesy (namiotu pełniącego funkcję jadalni-świetlicy) jest tłuczenie w metalowy talerz co uskutecznia któryś z Szerpów. Jedzenie jest ogólnie dobre (inna sprawa że ja akurat jestem pod tym względem mało wymagająca), no może poza śniadaniami które nam się już zdążyły znudzić, bo oznaczają miskę poridżu (coś w stylu owsianki), do tego jakiś placek (chleba nie mamy) i jajka – na ogół w postaci omletu i dodatki jak np. dżem czy miód, który zwykle przy śniadaniu jest nie do użytku bo też zamarza (ostatnio wstawiamy go do kubka z gorącą wodą). Z obiadami i kolacjami jest lepiej – wczoraj np. był ryż z tuńczykiem z puszki, do tego nepalski szpinak, marchewka i na deser ananasy z puszki. Z kolei przedwczoraj nasz wyprawowy kucharz upiek na ognisku dwie pyszne pizze (na zdjęciu obok),


W sprawacg higieny, to cóż, teoretycznie jest dostęp do prysznica (umiejscowiony w namiocie specjalny termos z wlewaną do niego gorącą wodą i rurką z zaworem), ale powiedzmy sobie szczerze, mało się z takich dobrodziejstw korzysta, po prostu by się nie przeziębić. Zazwyczaj kończy się na myciu zębów, no a większe ablucje tylko od święta.


Jak się mieszka? Standardem w bazie jest że ma się namiot w pojedynkę, tak więc spokojnie można się rozpakować, choć rzecz jasna żadnych szafek nie ma (przynajmniej u nas), a śpi się na materacach czy grubych karimatach. Oczywiście cała baza zlokalizowana jest na lodowcu, choć czysty, żywy lód przykrywa warstwa kamieni i żwiru. Praktycznie większość czasu, jeśli nie wychodzi się w góry, spędza się mesie, bo tam jest najcieplej, zawsze stoi na stole coś do picia (a trzeba pić by się aklimatyzować), są krzesełka więc można spokojnie posiedzieć i pogadać albo poczytać książkę. No i jak wspominałam, dość wcześnie chodzi się spać (norma to ok. 21), za to wcześnie się wstaje.

Aaa, i jeszcze ważna rzecz - z Base Campu wcale nie widać Everestu! Tuż obok jest jedynie Ice Fall, czyli jęzor lodowca, ale Góry Gór nie widać.

 

21 kwietnia, 18 dzień wyprawy
ABC Pumori (5700 m) -  Gorak Shep (5200 m)
Wycisk i relaksik w schronisku

Tak mi się dobrze tej nocy spało (choć właściwie to każdej nocy dobrze mi się śpi), a tu około 6-tej rano poczułam się jakbym miała namiot rozbity na pasie startowym lotniska. Nie był to sen – nad bazą latał helikopter, na tyle nisko, że miałam wrażenie że zaraz się rozbije, i w duchu prosiłam lokalne bóstwa (Buddę znaczy się) by nie stało się to nad moim namiotem. Ponieważ było zimno, nie chciało mi  się jednak wysunąć głowy z namiotu – dopiero przy śniadaniu  dowiedziałam się od kolegów, że było to widowisko typu Air Show, bo pilot rzeczywiście wyczyniał rzeczy nieprawdopodobne. Ostatecznie zgodnie stwierdzono, że nie mógł to być pilot nepalski i że był to prawdopodobnie Simone Moro, który poza tym że jest świetnym wspinaczem, jest też świetnym pilotem. Potem jednak nawiedzając ekipę włoską (Simone akurat nie było) ustaliłam, że to jednak  nie on – oprócz dwóch nepalskich helikopterów jest jeszcze koło bazy helikopter Włochów, ale latał inny pilot, równie dobry, albo nawet lepszy, z jakiegoś prestiżowego aeroklubu w Madonnie (włoskie Dolomity).


Podejście do bazy wysuniętej na Pumori (5700 m)Niestety po ładnym poranku potem pogoda znowu się zepsuła. Mimo to wyszliśmy z bazy, gramoląc się po ośnieżonych kamieniach do ABC (Advance Base Camp) czyli bazy wysuniętej dla zdobywających Pumori (ładny, choć lawiniasty siedmiotysięcznik). Na wysokości 5700 m zjedliśmy sobie zapakowany w torebki lunczyk, popatrzyliśmy na wynurzające się z mgły, nisko w dole namioty Base Campu, po czym jak już zaczęliśmy przymarzać (wiało i ogólnie było zimno) rozpoczęliśmy schodzenie, co nie powiem, było niezłym hard corem dla naszych kolan (przy okazji pocieszyłam się, że nie tylko ja mam problemy z kolanami). W połowie drogi rozdzieliliśmy się – prawie wszyscy wrócili do bazy, cztery osoby, w tym ja, zeszły jeszcze na internet do Gorak Shep. Szczerze mówiąc gdybym wiedziała jak będzie wyglądało zejście (a ja jeszcze z ciężkim plecakiem) i jaki to będzie kawał, pewnie bym sobie odpuściła, no ale nie wiedziałam, więc jakoś się do schroniska w Gorak doczłapałam.


No i teraz siedzimy w tym schronisku, w ciepełku, popijając herbatę z rumem, którą zafundował Dan. Ponieważ zaprzyjaźniony szef schroniska obiecał nam koce, stwierdziliśmy że nie wracamy już po nocy do bazy, zostaniemy sobie na noc tutaj, śpiąc w świetlicy ogrzewanej piecem na odchody jaków, a wystartujemy w drogę o 5-tej, jak tylko się rozwidni, żeby zdążyć do naszych na śniadanie. Nawet mi się ten pomysł podoba, bo wysuszę wreszcie mokre buty.

ps. Nie wiem czy pisałam - szacuje się że w Base Campie jest około 700 wspinaczy plus ok. 1300 osób osbługi (Szerpowie i inni). W sumie - 2 tys. ludzi! Niezłe miasteczko!

 


20 kwietnia, 17 dzień wyprawy, wieczorem
Wciąż w bazie (5360 m)
Bazowe znajomości (Simone Moro, Ueli Steck, Denis Urubko), najmłodsi i najstarsi wspinacze, bazowe luksusy (bar! - szok!)


Dzięki ekipie brytyjskiej, która pozwoliła mi naładować u siebie laptopa (mają generator) mogę trochę popisać. Niestety grzecznie dali mi do zrozumienia, że z tym ładowaniem to pierwszy i ostatni raz. Pozostaje mi liczyć na zaprzyjaźnioną ekspedycją indyjską – oni też mają generator i mam nadzieję nie odmówią, bo są bardziej sympatyczni od Brytyjczyków.

A tak w ogóle to dzisiaj powinniśmy być na aklimatyzacyjnym trekkingu do bazy na Pumori. Niestety w nocy posypało śniegiem tak, że jak stwierdził Dan, na pewno nie obeszło by się na śliskich kamieniach bez złamanej nogi, tak więc czekamy na poprawę warunków.Ogólnie jest biało i zimno.

Pan Yuichiro, Japończyk który ma 81 lat i będzie się wspinał na Everest.Czas czekania na pogodę wykorzystałam na pokręcenie się po Base Campie. M.in. odszukałam obóz ekspedycji japońskiej, w której jest Yuichiro Miuro, który ma 81 lat (ur. 1932), siwowłosy wspinacz który zamierza być najstarszym człowiekiem na Evereście. Pan Yuichiro już na Dachu Świata był, mając 70 i 75 lat (wtedy też był najstarszy, ale w międzyczasie ktoś go „przebił”), a w międzyczasie, bodajże w roku 1970, wprawdzie na sam szczyt nie dotarł, ale był pierwszym który zjechał na nartach z wysokości ok. 8 tys. m. Teraz ma w swojej ekipie swojego syna, notabene dwukrotnego olimpijczycka w jeździe na nartach po muldach, poza tym jest doktor, taktyk (!), czterech wspinaczy „wspierających”, filmowiec i trochę innej obsługi. Zapytałam o ilość butli, z których zamierza korzystać – wyszło na to że ma do dyspozycji 30!!! Inna sprawa że facet jest bardzo sprawny – zarówno psychicznie jak i fizycznie – trenował oddychanie w specjalnej komorze symulującej warunki nawet do 6 tys. m, ćwiczył też nogi, na każdej podnosząc 5-10 kg! No i ma w bazie odpowiednie jedzenie – pokazywano mi worki z trawą morską, suszonym łososiem i dorszem, o innych specjałach japońskich nie wspominając (nawet dostałam w prezencie kilka zielonych herbatek).

Szczerze mówiąc to nasza ekipa wygląda strasznie ubogo w stosunku do innych, co akurat specjalnie mi nie przeszkadza, bo fakt, nie mamy takiego „wypasu” jak inni, za to mamy fajną, rodzinną atmosferę. Poza tym powiem szczerze – głupio bym się czuła gdybym miała w mesie (jadalnio-świetlicy) dywany i kwiaty na stołach, jak to jest wwielu  innych obozach, nie tęsknię też za telewizorem (widziałam że ma go, w połączeniu z anteną satelitarną ekspedycja indyjska), no i mogę się obejść w latrynie bez odświeżacza powietrza. Chyba do trochę innej atmosfery gór jestem przyzwyczajona i to co mamy w naszym obozie, uważam za układ zupełnie okej. Jedyne czego tamtym trochę zazdroszczę to z racji moich skłonności do marznięcia - stałe ogrzewanie mesy – u nas jest jeden piecyk włączany dopiero popołudniami.


Bar alkoholowy w jednym z obozów - dla mnie szok!Największy obóz w Base Campie ma nepalska agencja „Seven Summits”. Wpadłam do nich odwiedzić naszych GOPR-owców (tych dwóch chłopaków których spotkałam na trekkingu koło Namche Bazar, a którzy właśnie z nimi idą na szczyt), ale zastałam tylko puste namioty. W tej sytuacji zostawiłam chłopakom kartkę z pozdrowieniami, no i korzystając z okazji poszłam zwiedzić ten olbrzymi obóz. W sumie jest tam 72 klientów z różnych krajów, plus ok. 130 osób obsługi. Czego tam nie ma! Jest nawet namiot „filmowy”, gdzie na dużym ekranie wyświetla się wieczorami filmy, jest piekarnia, w której przemiły Sukra Tamang wypieka codziennie 50 bochenków świeżego chleba (na potrzeby obozu) plus pyszne bułeczki i ciastka (że pyszne to wiem, bo mnie poczęstował), no i nawet jest – to największy szok – bar!!! Bar jest tylko dla klientów Seven Summits – mają jakiś tam przydział darmowych drinków, od coca-coli po markowe whiskacze i inne alkohole! Dziwne to trochę... Do tego jest jeszcze kilka różnych kuchni, bo na przykład podległa pod Seven Summits ekspedycja chińska ma specjalnie przygotowywane jedzenie chińskie, a koreańska – koreańskie.


Ciasteczka z najwyżej położonej na świecie piekarni (ale to nie dla takich klientów jak ja :)Rozmawiałam z menadżerem Seven Summits jak zamierza wprowadzić tak liczną ekipę na szczyt – 72 klientów, z czego każdy ma średnio 2 Szerpów. Twierdził, że ma jakąś koncepcję, a poza tym ma być spotkanie liderów różnych teamów, ale powiem szczerze  - w tej chwili już przestałam się obawiać przejścia przez Ice Fall – najbardziej przeraża mnie wizja tego tłumu na szczycie (nie da się takiej kolejki ominąć, człowiek więc marznie, traci tlen i może nie wejść bo po prostu inni mu nie pozwolą). Nawet Dan stwierdził że aby przepuścić tyle osób na podszczytowym „Uskoku Hillarego” (skałki wymagające trochę wysiłku i wspinania), potrzeba będzie około tygodnia.


A tak na marginesie to z Seven Summits wybiera się na Everest znana nepalska aktorka <!-- /* Style Definitions */ p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal {mso-style-parent:""; margin:0cm; margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:12.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-fareast-font-family:"Times New Roman";} @page Section1 {size:612.0pt 792.0pt; margin:70.85pt 70.85pt 70.85pt 70.85pt; mso-header-margin:35.4pt; mso-footer-margin:35.4pt; mso-paper-source:0;} div.Section1 {page:Section1;} --> Nisha Adhikari. Trzeba jednak sprawiedliwie przyznać, że dziewczyna nie zachowuje się wcale jak specjalnej troski celebrytka – jest usportowiona i zupełnie „normalna”. Wśród klientów tej agencji jest też grupa siedmiu nastolatków – chłopców w wieku 15-16 lat, specjalnie wybranych ze szkoły sportowej w Dardżeling (Indie). Ich zadaniem jest pobić rekord najmłodszych wspinaczy na szczycie. Trochę się zdziwiłam, bo limit wieku w zezwoleniach na zdobywanie Everestu wynosi 16 czy nawet więcej lat, ale jak widać z władzami nepalskimi załatwić można wszystko.


Od lewej - SImone Moro, Melissa Arnot oraz Ueli Steck.Kolejnym punktem w mojej wędrówce między obozami było namierzenie obozowiska wspinaczkowych sław! Wiedziałam że mają być tu m.in. Simone More, Denis Urubko czy Peter Hamor, ale gdzie są ich namioty, nikt wskazać nie umiał. Tymczasem zupełnie przypadkowo odkryłam kilka zakamuflowanych namiotów, koło których stały beczki z logiem... "Skody".. No to już skojarzyłam – Skoda – samochód czeski, a Hamor to przecież Słowak, czyli dawna Czechosłowacja. Zapytałam kręcącego się w pobliżu Szerpy, czy mieszka tu Peter Hamor (notabene partner Piotrka Morawskiego w czasie wyprawy na Dalaghiri, kiedy Piotrek zginął), a Szerpa na to, że owszem tak, tylko że wyszedł rano w ramach aklimatyzacji zdobywać Island Peak (jeden z sześciotysięczników). No to brnę dalej – czy w takim razie jest tu też Simone Moro (Włoch, jeden z najlepszych współcześnie wspinaczy w górach wysokich). No i słyszę, że tak, siedzi w namiocie. Jak się okazało nie siedzi sam, bo razem z nich jeszcze Ueli Steck – słynący z bardzo szybkich wejść na różne trudne góry Szwajcar oraz Amerykanka Melissa Arnot – młode dziewczę, które było na Evereście już 5 razy. Pytałam o plany – Ueli i Simone tworzący wspólny team byli dość ostrożni w rzucaniu nadmiernych obietnic, stwierdzili tylko że główny cel to zdobyć Everest bez tlenu.


Z Denisem Urubko i jego partnerem wspinaczkowym.Po herbatce i różnych plotach (Simone doskonale zna środowisko polskich wspinaczy i bywa na różnych naszych imprezach - mile wspominaliśmy zwłaszcza "Kolosy"), przeniosłam się do sąsiedniego namiotu, gdzie z kolei urzędował Denis Urubko, wraz z kumplem który wybiera się w tym roku z polską ekspedycją na Nanga Parbat. No i znowu – herbatka (plus propozycja czegoś mocniejszego, ale na tej wysokości wolę nie) i rozmowy o znajomych, o tyle dla mnie fajne, że wreszcie mogłam pogadać sobie po rosyjsku.  Razem z Denisem było jeszcze kilku Rosjan, którzy opowiadali o swoich perypetiach z bagażem – wyciągnięto im kilka rzeczy, co ciekawe – wszystkie czerwone. Wśród strat były czerwone spodnie puchowe jednego z chłopaków, czerwona kurtka i… Johny Waker (whisky) z czerwoną naklejką.


No i zupełnie na koniec wpadłam do tzw. Everest Laboratory, wielkiego namiotu służącego jako centrum badawcze. Byłam ciekawa co badają, a poza tym w międzyczasie dowiedziałam się że jest tam kolejna osoba z Polski – niejaki Alex. Pytam o tego Alexa, spodziewając się że zaraz stanie przede mną brodaty facet w okularach (tak sobie zawsze wyobrażam naukowców), a tymczasem tajemniczy Alex okazał się ładną blondynką, bez okularów, doktorantką na Uniwersytecie w Cambridge. Alexandra (stąd ten Alex) na Everest się nie wspina, za to prowadzi jakoś nad wyraz skomplikowanie brzmiące badania naukowe nad wysokogórską medycyną molekularną. O co chodzi nie wiem, choć zaintrygowało mnie że do badań pobierają wycinki mięśni Szerpów (za kasę oczywiście, bo kto by chciał za darmo poddawać się takim zabiegom). Umówiłam się że któregoś dnia Alex trochę bardziej mnie wtajemniczy w ten projekt, bo to chyba całkiem ciekawe.

Lawiny schodzą ciągle- na szczęście dla nas są niegroźne.Do swojego macierzystego obozu wróciłam ledwo idąć, bo po wypiciu z 20 kubków różnych napojów, mój pęcherz nabrał już chyba rozmiarów balona. W sumie to miłe, że gdzie się nie pójdzie, to gościa od razu sadza się w namiocie-mesie i częstuje czymś do picia. No może poza nielicznymi wyjątkami – jedynymi obozami gdzie poczułam się jak totalny intruz były dwa obozy brytyjskie.

Teraz już jest wieczór. Przy kolacji było bardzo wesoło, bo zdałam relację z mojego popołudniowego „obchodu”, co Dan podsumował, że jestem lepsza niż gazeta  :). Szczególne poruszenie wzbudziła opowieść o barze w obozie Seven Summits. Ktoś tam dorzucił że oni mają również prywatne lądowisko helikoptera, na co Dan że co tam „heli pad”, skoro my mamy „jak pad”.


Tymczasem znowu zaczęło sypać śniegiem – prognozy na następne dwa dni nie są zbyt ciekawe. Już 21-ta – część naszej ekipy już w namiotach, pewnie śpi, kilka osób zostało (ja też) i ogląda na laptopie Dana film kupiony w Katmandu za 40 rupii ( 1,5 zł).

ps. Odnośnie himalajskich sław - ponoć 12 maja ma się pojawić w Base Campie sam Messner! Inna sprawa że kilka osób którym o tym powiedziałam skomentowało to krótko: "A po co on tu?". Widać że Wielki Wspinacz nie cieszy się w środowisku zbyt wielką sympatią...

 


19 kwietnia, 16 dzień wyprawy, wieczorem
Base Camp i IBC
Inetnet vs mokre buty


W drodze do Dziś nasz drogi lider oznajmił że kto chce, to może iść z nim na internet. Najbliższy normalny internet jest w Gorak Shep – wiosce położonej ok. 2 godzin od Base Campu, ale Dan ma specjalny „gwizdek”, czyli mobilny modem i gdzieś tam, jak twierdził 40 minut od obozu, namierzył całkiem szybkie łącza. Ostatecznie poszliśmy w 4 osoby, już w połowie drogi klnąc Dana że ciągnie nas po śliskich, obsuwających się kamieniach, no ale dobra. Kiedy już mieliśmy dosyć i chcieliśmy wracać, Dan stwierdził, że już prawie jesteśmy na miejscu. Gorzej że od celu dzieliła nas wypływająca z lodowca rzeczka,  nie dająca szansy przejścia suchą nogą. Próba zbudowania mostku z kamieni nie za bardzo się udała, zaczęliśmy więc kombinować inaczej. Najlepsze buty – sięgające za kostkę goretexowe Meindle miałam ja (reszta wybrała się w adidasach) ale co z tego, skoro zarwała się pode mną pokrywa śnieżna i wpadłam po łydki, wlewając sobie wodę do butów od góry.


Na szczęście dla Dana internet rzeczywiście działał nad wyraz dobrze. Nazwaliśmy to miejsce IBC czyli Internet Base Camp. Oczywiście takie pojęcie w języku wspinaczy nie funkcjonuje, co najwyżej ABC czyli Advance Base Camp (Baza wysunięta), ale co tam, trzeba tworzyć nowe słownictwo.


A co do butów to teraz próbuję je suszyć. Po tym jak mi zwinięto z nadanego na samolot bagażu moje nowiutkie Salevy, na chodzenie po bazie i okolicy te Meindle to moje jedyne buty.

 

19 kwietnia, 16 dzien wyprawy, w poludnie
W bazie (5360 m)
Pudza, blogoslawienstwo lamy, tance Szerpow


Piszę na kompie Dana (w moim chwiliwo wysiadły baterie i nie mam jak podładować), więc będzie bez polskich znaków…

Noc byla zimna i sniezna. Na szczescie moj spiwor jest w miare dobry, tak wiec marzlam tylko kiedy za bardzo sie z niego wykopalam. Poza tym nie moze byc zle, skoro wciaz spie tylko w bieliznie termicznej (kalesony plus bluza), no I oczywisce w czapce, bo przez glowe ucieka bardzo duzo ciepla.

W Base Campie.Chyba powoli przestawiam sie na tutejszy rytm, bo juz nie mam problemow z zasnieciem o 9-10 wieczorem (zwlaszcza majac w perspektywie pobudke o 6-tej, bo wtedy juz slonce jest calkiem wysoko). Od wczoraj zaczelam lykac acard – tabletki na rozrzedzenie krwi. Dawniej bralo sie w gorach aspiryne Bayerowska, ale badania naukowe wykazaly, ze przynosi wiecej zlego niz pozytku (przede wszystkim bardzo zle wplywa na zoladek), tak wiec teraz specjalisci od medycyny wysokogorskiej zalecaja inne leki, np. wlasnie acard, zawierające tylko minimalne dawki tego co miała aspiryna, nie majace takich skutkow ubocznych, a przeciwdzialajace zlepianiu sie plytek krwi, czyli w rezultacie – zakrzepicy (jedna z czestszych przyczyn smierci w gorach wysokich). Troche jednak zbil mnie z tropu napis na pudelku z wymienionym lekiem, a mianowicie: “tabletki dojelitowe”. Nie za bardzo wiedzialam co to oznacza, no bo rozumiem: doustne, ale skoro nie doustne to jak niby mam je wpakowac do jelita? Juz myslalam ze przez pomylke w aptece dali mi lek doodbytniczy, no ale na szczescie znalazlam ulotke ktora jednak wyjasniala ze nalezy to cudo polknac!

W nocy obudzilam sie tylko raz. Z sasiednich namiotow dobiegalo albo chrapanie, albo kaslanie, bo ogolnie tu wszyscy kaszla (jest nawet okreslenie: “Khumbu cough” czyli “kaszel doliny/lodowca Khumbu”), a z oddali – huk lawiny. Lawiny schodza teraz dosc czesto, na szczescie jestesmy poza ich zasiegiem, ale wyglada to niesamowicie, a w srodku nocy robi szczegolne wrazenie.

Ofiary na pudżę.Obudzono nas wczesnie, bo zaraz po sniadaniu miala byc pudza. No i byla. Okazalo sie ze to co wczoraj Szerpowie budowali z pietyzmem wznoszac kamienny mur, a ja wzielam za jakis piec :), to byl “oltarz”, na ktorym rano polozono rozne dary – talerze z ryzem, herbatniki, cukierki, cos w stylu naszych faworkow, a do tego – butelke whisky I kilka butelek coca-coli uwazanej tu widac za dobro wybitnie luksusowe. Z boku “oltarza” polozylismy (zarowno my, jak i nasi Szerpowie) sprzęt wspinaczkowy i to co chcieliśmy poświęcić. Ja tak jak wszyscy położyłam raki, czekan, kask, uprząż, ale dołożyłam jeszcze rękawice puchowe, bo nie chciałabym odmrozić sobie rąk, flagę polską którą zabieram na szczyt (a która dwa lata temu służyła jako bandera w moim rejsie arktycznym na Czukotkę), no i kamień dzi, który dostałam jako amulet.

Lama odprawiającyh pudżę.Pudża trwała ze dwie godziny, w trakcie których lama śpiewał mantry, a jego pomocnik walił w bębenek, a w międzyczasie wszystko co złożyliśmy do poświęcenia zostało posmarowane masłem z mleka jaka. Najważniejszym momentem było postawienie masztu od którego odchodzą kolorowe, buddyjskie chorągiewki modlitewne. Robiąc zdjęcia niechcący chciałam ponad takim nisko rozwieszonym nad ziemią sznurkiem przejść i… momentalnie rzuciło się do mnie dwóch Szerpów, dając do zrozumienia, że przejść mogę pod chorągiewkami, ale nigdy nad.


Dostaliśmy też do garści trochę ryżu – należało go rzucić na ołtarzyk, potem było częstowanie czangiem (lokalne wino z ryżu), colą, rakszi (wódka ryżowa) i whisky – w tym przypadku wlewano ją do nakrętki, w którym należało umoczyć trzy razy palec i trzy razy strzepnąć go gdzieś wokół siebie, po czym dopiero można było zawartość nakrętki wypić. Śmiesznym momentem było kiedy dano każdemu trochę mąki, no i wzajemnie się tym trzeba było wysmarować. No i najważniejsze – każdy dostał od lamy rytualny kremowy „szaliczek”.
Ponieważ udało mi się z lamą nieco zaprzyjaźnić, zostałam zaproszona do klasztoru w Pengboche na prywatną „audiencję”. Lama obiecał że pokaże mi dłoń yeti!

No a na koniec, jak już lama poszedł, były szerpowskie tańce. Jak wyglądają pokażę na filmiku który wrzucę do internetu jak będę miała jakieś lepsze ku temu warunki (teraz mogę przesłać tylko bardzo lekkie pliki)



18 kwietnia, 15 dzień wyprawy
W bazie pod Everestem (5360 m)
Prysznic, pranie, odwiedziny u rodaków


Dzień minął nam na odpoczynku i „ogarnianiu” się w bazie. Wszyscy się wykąpaliśmy, bo mamy rozstawiony namiot prysznicowy, do którego wnosi się coś w rodzaju termosu wypełnionego wodą, którą potem się pompuje. Krótko mówiąc znowu wyglądamy jak ludzie.

Mój namiot i część mojego prania.Zrobiliśmy też pranie, które po rozwieszeniu na namiotach i linkach między namiotami zamarzło tak, że mało co a na przykład moje spodnie prawie dałyby się złamać.


Po obiedzie towarzystwo leniuchowało, a ja poszłam zobaczyć co i jak w bazie. Zupełnie przez przypadek namierzyłam Bartka i Przemka – Bartka znałam wcześniej z rozmów telefonicznych, o Przemku dowiedziałam się od jego żony, którą spotkałam na szlaku (ja podchodziłam do Gorak Shep, ona schodziła już w dół, bo musi wrócić do Polski). Chłopcy przyjęli mnie może nie tyle czym chata, a raczej mesa bogata, czyli herbatą cytrynową, no i sobie miło pogadaliśmy. Przy okazji dowiedziałam się że jest jeszcze jedna Polka atakująca Everest, trochę starsza ode mnie Ola. Oczywiście zaraz ją namierzyłam – okazała się super babką, o bardzo fajnym poczuciu humoru. Ponieważ jest pielęgniarką, obiecała mi na atak szczytowy dexametazon w zastrzykach, bo mam tylko w tabletkach. Chodzi o lek podawany w sytuacjach skrajnego wyczerpania – wolę go mieć, bo dzięki niemu można komuś uratować życie (sobie człowiek wyczerpany raczej zastrzyku sam nie zrobi).
A, jeszcze poznałam przesympatyczną lekarkę, Christy, Brytyjkę obsługującą namiot medyczny. Powiedziała mi że ten Szerpa co zginął, to niestety na własne życzenie, bo wbrew instrukcjom zszedł ze szlaku, no i wpadł w 40-metrową szczelinę. Pogadałyśmy trochę o ludziach którzy pchają się na Everest, choć nie powinni. Ekipa medyczna boi się zwłaszcza wyprawy arabskiej (czyli tego wspominanego już przeze mnie szejka). Niestety to że ktoś ma pieniądze to za mało by zdobywać wysokie góry. Z kolei w ekipie Oli jest Irańczyk, który ma ze 120 kg żywej wagi, a góry do tej pory głównie widział, a nie zdobywał. Podobno chwali się że był POD Materhornem i trochę chodził po górach Szkocji. Teraz dopytuje się wśród innych członków wyprawy czy mu będą pomagać. Najgorsze że tacy ludzie nie rozumieją, że stwarzają ryzyko nie tylko dla siebie, ale i dla innych.


17 kwietnia, wieczorem, 14 dzień wyprawy
W obozie bazowym (5300 m)
„Dom” na lodowcu


Nareszcie w bazie!Dziś była wczesna pobudka (5.45) bo trzeba było szybko załadować jaki, tak by szybko doszły do bazy i można by je wreszcie zwolnić.
Główne wydarzenie dnia to oczywiście dotarcie do bazy. Namiotów a namiotów, choć właściwie nie było jeszcze czasu, by się na dobre rozejrzeć. Całe popołudnie zajęło nam rozpakowywanie się w namiotach, co zresztą wszystkich nas bardzo cieszyło, bo wreszcie mamy wszystkie rzeczy (w czasie trekkingu większość rzeczy została nadana od razu „do bazy” tak więc nie mieliśmy do nich dostępu).

W bazie mieszkamy pojedynczo, tak więc miejsca na zagospodarowanie się jest całkiem sporo. Zamieszkałam po sąsiedzku ze Scottem, Slavo, trochę dalej jest namiot Kierana. Trochę niżej jest rozstawiona toaleta (czyli namiot a w środku dziura w której jest beczka), a jeszcze niżej – mesa, czyli jadalnio-świetlica ogrzewana przez niewielki, ale całkiem wydajny piecyk – tam toczy się główne życie towarzyskie. Jutro jest dzień aklimatyzacyjny to pochodzę po bazie i zobaczę jak wyglądają inne obozy.

Ale tak naprawdę dzisiejszy dzień dla mnie akurat był nieco pechowy. Zaczęło się od zjedzonego na śniadanie omleta, popitego mlekiem – niestety taki zestaw ogólnie mi nie służy, co sprawiło że przez pierwszą godzinę szłam jak na skazanie, a dopiero po akcji dwóch palców do gardła i oczyszczenia żołądka wróciłam do formy. Już po dojściu do bazy miałam drobną scysję z jednym z kolegów, bo widząc że chłopak nie doszedł do obozu, choć szedł na trasie przede mną, zasygnalizowałam Szerpom że jednej osoby brakuje, po czym nawykiem przewodnickim (cóż, tak mnie wyszkolono w SKPB) wyszłam go poszukać (a mogłam w tym czasie siedzieć w ciepłej mesie i pić herbatę). Chłopak rzeczywiście się zgubił, znaleźliśmy go, ale był wściekły na cały świat i miałam wrażenie że mnie obarcza winą za to że nie znalazł obozu. Mało tego, wkrótce potem poprosiłam go aby pomógł przenieść moje ciężkie torby, bo chcę zmienić namiot, a teren jest taki że w pojedynkę się nie da, wypalił że najpierw sam się musi rozpakować. Nie wiem, czy moje pojęcie wzajemnej, przyjacielskiej współpracy jest inne, czy to może różnica mentalności pomiędzy Polakami i Amerykanami, ale nie ukrywam, że trochę się zdziwiłam. Mało tego, dzisiaj temu samemu koledze oddałam połowę swojego lunch pakietu, bo swojego zapomniał, notorycznie pożyczam mu swoją czołówkę i w związku z tym nie myślę że pomoc przy przeniesieniu Czyżby szejk z ekipą dolecieli? :)toreb była dla niego jakąś udręką. Fakt, kolega przyszedł jak się rozpakował, czyli po 2 godzinach, no ale w międzyczasie machnęłam już ręką na zmianę namiotu i też się rozpakowałam. Ciekawa jednak jestem na ile będzie można na siebie liczyć wysoko w górach?

Z innych „nieszczęść” dzisiejszego dnia: zauważyłam że przecieka mi na zaworze termos, ale to jeszcze nic – idąc do toalety, trzymając pod kurtką swoją świeżo wypełnioną wrzątkiem butelkę szwajcarskiej firmy SIGG (i to oryginalna), wypuściłam ją z objęć i ku swojemu przerażeniu zobaczyłam jak butelka wpada w sam środek beczki z odchodami. Oczywiście odpuściłam sobie jej wyciągnięcie, ale nie za bardzo mam teraz z czym iść w góry (wyżej w plastikowej butelce woda zamarznie).
Boże, dopiero 20.15, a ja już w łóżku! A raczej w śpiworze, na materacu na szczęście na tyle grubym że nie czuję kamieni pokrywających lodowiec. Ciągle trudno mi się przestawić na te wczesne chodzenie spać – zaraz odpalę MP3 z audiobookami w które wyposażyła mnie księgarnia internetowa Audioteka.pl. Na pierwszy rzut oka pójdzie coś ze współczesnej literatury polskiej.

 
W drodze do bazy


17 kwietnia, w południe
w Gorak Shep (5140 m)
Prawie w bazie


Zrobiliśmy przystanek na herbatę w ostatniej wiosce przed bazie (wiosce? Trzy hoteliki na krzyż). Z okna mamy widok na Everest, z tej perspektywy wyglądający dość niepozornie.

Do bazy zostało jakieś 2-2,5 godziny drogi. Niestety już wiem że w bazie z tym internetem wcale nie tak łatwo – jest, ale godzinę drogi od bazy! Oznacza to, że wpisy będą co kilka dni, jak będę miała czas zrobić sobie taką „wycieczkę na internet”.



16 kwietnia, wieczorem
Dughla (4620 m) – Lobuche (4910 m)
O piramidzie i tych co w górach zostali na zawsze


Dziś śpimy już na prawie 5 tys. m, co zresztą daje się odczuć po ostrym, zimnym powietrzu.
Większa część drogi prowadziła dziś dość stromo pod górę – po drodze znowu spotkałam Polaków (trekerzy). Widokowo było ładnie, a dla mnie – sentymentalnie, bo ciągle towarzyszył nam widok na Lobouche East – sześciotysięcznik który miałam okazję zdobywać podczas swojego pierwszego wyjazdu w Himalaje (jakoś już strasznie dawno temu).

W sumie jedynym urozmaiceniem drogi było miejsce z czortenami (buddyjskimi kapliczkami) upamiętniającymi tych co zginęli na Evereście. Jeden z najbardziej rzucających się w oczy dotyczy Late Babu CHiri Sherpa (ur. 1965, zm. 2001 ) który zasłynął m.in. tym że w 1999 roku spędził na szczycie Everestu bez tlenu 21 godzin (!), a poza tym ustanowił rekord w szybkości wejścia na Everest – z bazy zaledwie 16 godzin 56 minut. Zginął w 2001 roku w czasie swojego 11 wejścia na najwyższy szczyt świata, wpadając w 70-metrową szczelinę.

Obeszłam wszystkie czorteny, a trochę ich jest (niestety, zazwyczaj większość ludzi mija je obojętnie, nie zatrzymując się przy ŻADNYM, zdaje się nie do końca wiedząc co to jest). Dają one do myślenia. Każdy z nich to jakiś dramat – zarówno wspinacza, jak i rodziny, przyjaciół. Polskich tabliczek nie  znalazłam – swoją drogą to dziwne, że nie upamiętniamy tu naszych wspinaczy. Bardzo ładną tablicę ufundował ku czci swoich rodaków  Kazachstan, ciekawy czorten ma Scott Fischer – jeden z bohaterów słynnej książki „Wszystko za Everest” (zginął w wyjątkowo tragicznym 1996 roku), są też tabliczki może skromne, ale bardzo wzruszające w treści.
Przy okazji wędrówki po tym skłaniającym do zadumy miejscu, przypomniałam sobie Marcina Kurasia. Nie znałam go osobiście, ale przed wyjazdem dostałam sympatycznego maila od Krzysztofa Nepelskiego, który jest (a raczej był) ojcem chrzestnym tego młodego, chłopaka. Marcin zginął w sierpniu 2012 roku w trakcie wspinaczki w Tatrach. Może przytoczę fragment korespondencji z Krzysztofem: „Marcin był pochłonięty przez góry, jestem pewny że gdzieś z tyłu głowy miał też plan wejścia na ME. Ja przeszedłem dość długą drogę od totalnej negacji wszystkiego co kojarzy się ze wspinaniem, narażaniem życia, zdobywaniem szczytów, do akceptacji tej pasji. Dziś po ponad pół roku od tamtego zdarzenia coraz bardziej rozumem Marcina i ludzi o podobnym podejściu do życia i gór. Spotkałem wielu wspaniałych ludzi, którzy żyją dla gór”. Kto będzie zainteresowany osobą Marcina, odsyłam na prowadzoną przez Krzysztofa stronę: www.marcinkuras.pl. Swoją drogą obiecałam że mu gdzieś tam z góry (jak się da – ze szczytu – pomacham!

A wracając do czortenów… Najskromniejsze tabliczki mają Szerpowie. A w sumie to dzięki nim większość wspinaczy wchodzi na szczyt. Przykro, bo każdego roku giną – ponoć w tym roku też już jest wśród Szerpów jedna ofiara śmiertelna – zginął przy przygotowaniu przejścia przez IceFall.  Ja akurat Szerpów bardzo szanuję, ale patrząc na innych mam wrażenie że traktuje się ich jako siłę roboczą. Ja do naszych mówię po imieniu, bo w końcu to ludzie tacy jak każdy z nas. Moimi ulubieńcami są Kamal, młody chłopaczek, który przynosi nam zawsze jedzenie, Kipa – nasz wyprawowy kucharz oraz Janbu, ten Szerpa wyskościowy co był na Evereście już 13 razy. Kamal uczył mnie dzisiaj kolejnych słówek w języku Szerpów: wiem że herbata to chiya, mleko – dut albo duta, a woda – pani.

Dziś znowu mamy spanie pod dachem. Uprzytomniłam sobie że to ostatnia noc na prawdziwym łóżku, pod dachem, a następne półtora miesiąca to już namiocik.
Ponieważ przyszliśmy do Lobouche dość wcześnie, po obiadku poszliśmy w kilka osób do Piramidy – pobliskiego (20 min. Drogi) Centrum Naukowego założonego i sponsorowanego przez Włochów (choć teraz są tam już sami Nepalczycy). Nazwa „Piramida” przypadkowa nie jest, bo rzeczywiście główne laboratoria znajdują się w specjalnie zaprojektowanym, obłożnym panelami słonecznymi ostrosłupie, wyglądającym niczym szklana piramida. Co do tych badań to dotyczą głównie meteorologii i topnienia lodowców.

Dobra, kończę pisanie, bo zmarzły mi ręce… Jutro o tej porze będziemy już w bazie. Dla trekerów to półmetek drogi (dochodzą do bazy i zaraz wracają), dla nas – dom na najbliższe prawie 6 tygodni!



16 kwietnia, rano
Dughla (4620 m)
Powódź w śpiworze


Dzień zaczęłam od przykrej niespodzianki. Nie licząc dwóch nocnych pobudek na potrzeby fizjologiczne, spałam jak zabita, no i dopiero rano poczułam, że moja butelka z gorącą wodą (tzn. gorącą wieczorem, do rana wystygłą), niestety przy korku cieknie. Krótko mówiąc litr wody wypełnił mój śpiwór, przy okazji zalewając moje czyste, śliczne wełniane skarpetki do spania – prezent od bratowej i termiczne kalesonki służące jako pidżama. I tak dobrze że była to tylko woda, bo Scott na przykład wkłada do śpiwora swoją pee bottle, czyli butelkę do sikania (ja swoją trzymam mimo wszystko poza śpiworem). Przypomnę tym którzy nie czytali wcześniej, że jednym z warunków właściwej aklimatyzacji jest picie 4-5 litrów wody dziennie, tak więc hasłem ekspedycji stało się: tea and pee, czytaj: ti end pi, czyli pij (np. herbatę) i sikaj. Jest to – przepraszam za wyrażenie – upierdliwe, no ale nie ma zmiłuj się. Ciekawym jak sobie radzą z tym kobiety wyjaśniam, że jest do tego specjalny lejek :)

A tak na marginesie, to znowu jesteśmy w komplecie – dziewczyny wróciły do formy, Slavo, który wczoraj „umierał” też już lepiej, również jeden z Szerpów który wczoraj wyglądał nieciekawie, dziś zameldował, że jednak może iść w górę. Gorzej w ekipie tybetańskiej – u nich jeden z Szerpów już dostał obrzęku płuc, czyli poważnego stanu choroby wysokościowej (bo wbrew temu co myślą niektórzy, Szerpowie też chorują i muszą się aklimatyzować). Trzeba było faceta pilnie ewakuować na niższą wysokość, bo  inaczej jest to zagrożenie życia.



15 kwietnia wieczorem, w Dughla (4620 m n.p.m.)
Skrót Dana


Dzisiaj śpimy w schronisku. Już pal sześć że w pokoju nie ma światła i chyba nigdy nie był sprzątany – mimo wszystko lepiej tak, niż w namiotach, bo na zewnątrz sypie śniegiem, a na śniegu się jeszcze wyśpimy. Swoją drogą lubię te tutejsze schroniska, czy jak tu mówią – tea-house`y. Ponieważ pokoje są nieogrzewane, po południu wszyscy się schodzą do świetlico-jadalni gdzie po środku jest zawsze piec typu „koza”, a dookoła stoją poustawiane stoły i przykryte dywanopodobnymi narzutami ławy. Towarzystwo jest zwykle międzynarodowe, tak więc można pogadać z ludźmi z całego świata. No może najmniej z Azjatami, bo oni ogólnie są jacyś zamknięci i nawet na szlaku nie odpowiadają na zwyczajowe pozdrowienia. Cp do wspomnianych pieców to pali się w nich wysuszonymi odchodami jaków, popularnie zwanymi „pancake`ami” (naleśnikami), bo rzeczywiście przypominają płaskie placki. Oczywiście nie muszę mówić, że obsługa schronisk wrzuca te placki do pieca gołymi rękami, a zaraz potem idzie przyrządzać turystom jedzonko . I jeszcze ciekawa sprawa odnośnie jaków noszących bagaże – oprócz toreb i plecaków ładuje się na nie także worki z suszoną trawą, bo na tej wysokości (przynajmniej o tej porze roku) zwierzaki nie mają się czym żywić.

Teraz o naszym dojściu tutaj… Z Periche do Dughli droga krótka (przeciętnie 1,5-2 godzin), tylko 200 m różnicy poziomów, tak więc dzień był na luzie – razem z Danem spędziliśmy go przy komputerze, bo to chyba ostatnia okazja na normalny internet. W każdym razie wystartowaliśmy w drogę z Danem jako ostatni z grupy, dawno po wszystkich, zakładając że myk-myk, szybciutko przeskoczymy ten odcinek. Po drodze zrobiliśmy jeden przystanek przy zagrodzie z malutkimi jakami – zaledwie 2-tygodniowymi, a potem już gnaliśmy, bo zrobiło się mglisto, naszły chmury i było widać że szybko się ściemni.


Tymczasem Dan wymyślił skrót. Po ścieżkach chyba jaków, ruchomych kamieniach i po stromym zboczu moreny. Nasze tempo chcąc niechcąc spadło, bo teren był ogólnie kiepskawy do wędrówki z dość ciężkim plecakiem, a poza tym średnio mi się uśmiechało skręcenie nogi właściwie na własne życzenie. W pewnym momencie nawet zasugerowałam że może lepiej wrócić na główny szlak, no ale wiadomo, lider wie lepiej. Męczyliśmy się dość długo (szlakiem już dawno byśmy doszli), w końcu wylądowaliśmy nad pełną kamieni rzeką, skąd już było widać schronisko będące naszym celem, a równocześnie jakieś 300 m  dalej wyłonił się mostek. Dan zdecydował twardo, że idzie przez rzekę. Ja zdecydowałam że szkoda mi moczyć butów (Dan swoje zmoczył), bo potem jest problem z suszeniem, a poza tym nie będę ryzykowała wywalenia się do wody z plecakiem zawierającym dwa aparaty fotograficzne plus mojego Samsunga-laptopa, tak więc pognałam do mostka, przeklinając Dana na czym świat stoi. Ale tak naprawdę to przynajmniej będzie co wspominać, nie mówiąc o tym że Dan to taki facet, na którego trudno być wściekłym.


A co do drogi do bazy, to ekipa tybetańska też jeszcze nie jest w bazie. Coś tam nie tak z dżipami, którymi mieli pokonać ostatni odcinek (bo w Tybecie do bazy jest doprowadzona droga), ale to jeszcze pal sześć. Jest w ekipie dziewczyna, Dunka, która wyruszyła bez bagażu, który zgubiły jej na przelocie linie lotnicze (czyli gorsza wersja tego co ja miałam z bagażem). Kiepsko, bo nie mogła czekać na bagaż, bo grupa już wyjeżdżała, a dostać się do Tybetu nie jest łatwo, a poza tym wszyscy byli na zbiorowej wizie. No więc pojechała, bagaż w międzyczasie się odnalazł i jakoś go do niej podrzucono, ale niestety w międzyczasie gdzieś tam po drodze tę samą dziewczynę pogryzły bezdomne psy! W rezultacie cała ekipa zamiast kontynuować podróż, musiała czekać, na załatwiane z Katmandu szczepionki przeciwko wściekliźnie (w Tybecie sprawa nie do załatwienia). Czy pechowe dziewczę ma szansę się wspinać, tego nie wiemy (brak łączności). Dan żartuje że powinna spróbować, bo może być pierwszą osobą na szczycie ze wścieklizną, no ale ogólnie kiepski to żart.


15 kwietnia
Periche (4260 m) – Dughla
Świeży śnieg, arabski szejk


W nocy spadł śnieg. Kiedy wstawałam w nocy „za potrzebą”, wszystko było białe, a rano namiot nam się uginał pod śniegową czapą. Z tym wstawaniem w nocy to okropna sprawa -  w górach wysokich żeby się dobrze aklimatyzować, trzeba dużo pić (4-5 litrów dziennie), przez co automatycznie więcej się wydala – niektórzy robią to nawet kilkanaście razy dziennie. Jak na złość nie mogłam znaleźć w namiocie swojej „pi-bottle” czyli butelki do sikania, a wyjście z ciepłego śpiwora (do którego ma się jeszcze wrzucone dwie butelki z gorącą wodą) na zewnątrz, nie jest fajną sprawą.

Za to rano dogadałam się z Szerpami kuchennymi że dadzą mi trochę ciepłej wody i umyłam głowę, a przy okazji i siebie. Z myciem to ogólnie jest problem - prysznice jeśli nawet gdzieś są, to drogie, ale przede wszystkim chodzi o to, by się nie przeziębić. Ratujemy się chusteczkami nawilżającymi - wczoraj tak np. ze Scottem myślimy nogi. Następne mycie już w bazie, a ogólnie to stwierdziliśmy że co jak co, ale czyściochy się w góry nie nadają.


Z newsów ekspedycyjnych – gruchnęła wieść że wśród próbujących zdobywać Everest w tym roku jest szejk z Dubaju! Strasznie jesteśmy ciekawi, ile ma osób obsługi i jak będzie wyglądał jego obóz. No i w jakim stroju będzie się wspinał! Jak na razie jest podobno w drodze do bazy. Z innych newsów: Dan dzwonił do Arnolda (lidera ekipy tybetańskiej) i okazało się, że Chińczycy na granicy zabrali im radia, na które nie było zezwoleń. Zrobili jakąś próbę odzyskania (łapówka, przemyt przez zaprzyjaźnionych Szerpów), ale z jakim efektem - tego nie wiemy.


Ok, zaraz wyruszamy w dalszą drogę. Do bazy mamy jeszcze 3 dni drogi – wtedy pewnie będzie następny blogowy wpis, bo po drodze na internet raczej nie liczę.

Z ostatniej chwili: Chłopak z restauracji gdzie teraz siedzę na internecie (najlepszy hotel w wiosce, właściwie to jedyny :)  ) doniósł mi że ten tajemniczy arabski szejk siedział dokładnie w tym miejscu gdzie teraz piszę bloga. Towarzyszyło mu 12 arabów i jedna kobieta. Podobno byli bardzo zarozumiali, na zasadzie, że skoro mają kasę, to wszystko i wszystko mogą kupić, no i na wszystko narzekali! :)


14 kwietnia,
Z Pangboche (3930 m) do Periche (4260 m)
Pudża czyli błogosławieństwo od lamy


Już ekipa nam się trochę dziesiątkuje. W Pangboche zostały Finka An Maria (z ekipy na Lhotse) oraz Niemka Sandra (idzie z założenia tylko do obozu III). Obydwie mają problemy niby żołądkowe, ale szczerze mówiąc wygląda to bardziej na sprawy aklimatyzacyjne. Zakładamy że do jutra powinno im przejść i do nas dołączą.

Reszta ogólnie ok, choć coraz więcej osób kaszle i ma zatkane nosy. Ze mną jak na razie w porządku – kaszel na poziomie warszawskim (czyli prawie żaden, atakujący głównie nocą), kataru nie mam, ale inna sprawa że bardzo o siebie dbam – zasłaniam usta i nos (kurz, ostre górskie powietrze) , no i praktycznie non stop chodzę w windstoperze żeby mnie nie przewiało, o czapce na głowie nie wspominając.

Lama odprawiający pudżę.Dziś zaraz po śniadaniu mieliśmy pierwszą pudżę, czyli buddyjskie błogosławieństwo. Piszę „pierwsze” bo zasadnicza pudża będzie w bazie – bez tego nabożeństwa odprawianego przez specjalnie sprowadzanego do bazy lamę (buddyjski „ksiądz”) Szerpowie nie wyruszą na akcję górską.


Dzisiejsza pudża była w domu lamy z Pangboche. Przyznam że byłam pod wrażeniem, bo było ciekawiej niż zakładałam. Najpierw poczęstowano nas herbatą, usiedliśmy, a lama zaczął mruczeć (bo tak to się kojarzy) mantry. Przy jednej z nich musieliśmy powtarzać wypowiedziane przez niego śpiewnym głosem wersety – widziałam że wszyscy byli bardzo zaangażowani w ten chórek, nawet Scott i Adam którzy otwarcie przyznają się że są agnostykami. Następnie wszyscy po kolei podchodziliśmy do lamy, klękaliśmy przed nim, podawaliśmy kremowo-biały szaliczek w który zawinięte były pieniądze (co łaska), zaś lama wysypywał kasę na już niezłą stertę banknotów, a szaliczek zawieszał nam na szyi. Przy okazji wiązał jeszcze na szyi pomarańczową nitkę (na szczęście, więc lepiej jej nie zdejmować, przynajmniej do końca wyprawy), no i jeszcze wręczał kolorowe chorągiewki modlitewne, które będą wykorzystane w czasie pudży w bazie. A, jeszcze kto chciał za 500 rupii  mógł kupić specjalne pocztówki z pisemnym błogosławieństwem lamy, wkładane do koperty, do której lama wsypywał jeszcze ryż (wcześniej sypał także ryż na głowy - rodzaj błogosławieństwa).

W drodze powrotnej do miejsca gdzie zostawiliśmy plecaki wpadliśmy jeszcze ze Scottem do miejscowego klasztoru, gdzie kiedyś była mumia, czy czaszka yeti (już nie pamiętam dokładnie co). Była, bo uż nie ma - ktoś ukradł, prawdopodobnie do prywatnych zbiiorów. Ale tutejsi miejscowi w yeti (oni mówią „eti”) ciągle wierzą. Jakoś nie mogą mi wskazać kogoś kto widział całą postać, ale twierdzą że ślady na śniegu widziało wiele osób, tyle że daleko od cywilizacji i szlaków turystycznych. Swoją drogą temat yeti jest bardzo ciekawy. Obiecuję że rozwinę tę wątek w książce, która powstanie po wyprawie.


Ja yeti nie widziałam, za to widziałam dziś padniętego jaka. Przyjęło się, że jeśli jak niesie bagaże w ramach jakieś ekspedycji, ekspedycja płaci za utracone zwierzę. Na szczęście to nie nasz jak był...


Po południu, po dojściu do Periche  poszliśmy na wykład na temat choroby wysokościowej, jaki robią w tutejszym punkcie medycznym codziennie o godzinie 15. Przy okazji można sobie za 100 rupii zmierzyć saturację (wskaźnik nasycenia krwi tlenem, co odzwierciedla jak jesteśmy zaaklimatyzowani) i pogadać z pracującymi tu wolontariuszami (głównie Amerykanie i Nowozelandczycy). Dowiedziałam się że helikopter ratunkowy z tego miejsca do Katmandu to jedyne 7500 dolców, które rzecz jasna obciążają kieszeń ratowanego (ew. firmę ubezpieczeniową). Jeżeli chodzi o częstotliwość takich akcji to przeciętnie wypada to raz dziennie. Oczywiście w przypadku punktu medycznego w Periche „ofiarami” są trekerzy – wspinaczy, jeśli jest taka potrzeba, helikopter zabiera prosto z bazy (pewnie za większą kasę?).

Ku przestrodze tych którzy chodzą po górach, jest w Periche osobliwy pomnik - stalowa piramida z wygrawerowanymi nazwiskami tych, którzy zginęli na Evereście. Polskich nazwisk niestety trochę tam jest...


13 kwietnia,
Z Namche (3500 m) do Pangboche  (3930 m)
Dłuuugi dzień, dwa klasztory


Widok z klasztoru w Tengboche.Dziś się trochę złaziliśmy. Niby różnica poziomów wyniosła raptem 450 m, ale przed klasztorem Tengboche trzeba zejść do dna doliny jakieś 200 m, a potem zakosami drapać się do góry robiąc 600 m w pionie. Do klasztoru szliśmy w szóstkę, robiąc po drodze tylko jedną dłuższą przerwę na herbatę imbirową, potem ekipa się posypała, bo Keran ze Scottem znaleźli swój ulubiony napis: „Bakery” co tutaj oznacza ciastkarnię, reszta pognała na nocleg, a ja zrobiłam sobie jeszcze program "turystyczny". Zaczęłam od największego w całym regionie, skupiającym aktualnie 35 mnichów-Szerpów klasztoru męskim Tengboche, przy którym są jeszcze odbite na skale ślady stóp Buddy Co ciekawe, przed wejściem do klasztoru jest cała lista różnych zakazów, czego w nim nie wolno, no a jednym z nich jest zakaz całowania się! Później postanowiłam zobaczyć jeszcze dużo mniejszy żeński klasztor koło Deboche (zaledwie 9 mniszek). Bardzo sympatyczne miejsce bo nieco z boku szlaku, na dodatek drogowskaz jest prawie niewidoczny, a więc mało kto tam zagląda. Poza mną zajrzał, a właściwie to nawet chciał wejść przez bramę jakiś pobożny jak, ale mniszka z wygoloną głową wyskoczyła i zaczęła rzucać w niego kamieniami, więc zwierzę się wycofało.


Dziś mieliśmy już ostatni most wiszący na tej trasie.Za to dziś było bardzo ładnie widokowo (a będzie jeszcze ładniej). Jest ładna pogoda, słoneczko, błękitne niebo, widać więc było szczyt Everestu, ale co tam Everest - najpiękniejszy w tym rejonie jest Ama Dablam. Góra niby nie tak wysoka (6856 m) za to wyjątkowo piękna, no i całkiem wymagająca. Szczyt moich marzeń – jeden z moich licznych planów na przyszłość.

Na zdjęciu obok: Dziś mieliśmy już ostatni most wiszący na tej trasie.


Dzisiaj też spotkaliśmy Polaków! Dwóch chłopaków wracających z trekkingu. Usłyszeli że gadam z Wiolą po polsku, więc chwilę pogadaliśmy. Szczerze mówiąc kiedy widzę sprawnych, wysportowanych trekkingowców idących bez Szerpy, samodzielnie niosących sobie plecaki, to duże prawdopodobieństwo że będą to „nasi”. Chociaż dziś się pomyliłam – para idąca z ogromnymi plecakami okazała się ze Szwecji. Większość trekerów idzie raczej z małymi plecaczkami, albo zupełnie na luzie, bo zaraz obok mają Szerpę który wszystko tacha. Co do nas, to mamy wersję pośrednią – główny bagaż idzie na jakach, ale mimo wszystko na plecach trochę kilogramów również mamy. A tak w ogóle to jest tutaj wyraźny podział na grupy trekkingowe i ekspedycyjne (to te wspinaczkowe, traktowane z większym szacunkiem). Wczoraj nawet w jednym sklepów na hasło „ekspedycja” dostałam niezłą zniżkę :-).


Nocujemy trochę ponad Pangboche – na wysokości prawie 4 tys. metrów, czyli sporo wyżej niż obóz z którego zwykle atakuje się Mt Blanc. Dziś nie ma już zasięgu telefonicznego, a kafejka internetowa kasuje 900 rupii (ponad 10 dolarów za godzinę)! Drogo się tu zrobiło. Nawet za prysznic kasują tu po 5 dolców, tak więc zgodnie stwierdziliśmy że chyba niekoniecznie nam zależy. Oszczędzamy też na maksa baterie do aparatów – naładowanie każdej z nich to kolejne 5 dolców (profilaktycznie gniazdek w pokojach nie ma). Za to mamy luksus, bo cała ekipa nocuje nie w namiotach, ale w lodge`u. Warunki spartańskie, oczywiście pokoje nieogrzewane, a zimno jak w psiarni, ale zawsze to jednak większy komfort. Inna sprawa pokoik jest tak mały że po rozpakowaniu betów mamy ze Scottem problem by się w nim jakoś poruszać.

U dołu - wspominany dwa dni wcześniej Szerpa niosący na plecach ładunek 125 kg!

Szerpa z deskami ważącymi 125 kg.A właśnie – wczoraj w poczcie e-mailowej miałam pytanie o różnice mentalnościowe między nami-Polakami a Amerykanami i Brytyjczykami. Dwie podstawowe to takie że Westmeni są jakoś mniej zainteresowani otaczającym nam światem. To znaczy zachwycają się widokami, ale już głębiej w lokalną kulturę nie wnikają. Większość osób które są na wyprawie w Nepalu była już kilkakrotnie, a np. o buddyzmie czy o tym co jest na trasie nie wie nic i też za bardzo nie stara się swoją wiedzę poszerzać (jedynym który ma przewodnik jest Scott). Polscy turyści (przy okazji pozdrawiam tych, którzy byli w pilotowanych przeze mnie grupach) wręcz przeciwnie – chcą wiedzieć niemal wszystko, począwszy od nazwy kwiatków, ptaków, po historię, ciekawostki kulturowe itp. Polacy jeżdżą na wycieczki obładowani przewodnikami i książkami, mają mapy – tutaj mapę mam tylko ja (no i Dan jako lider).
Za to na plus Amerykanów i Brytyjczyków muszę powiedzieć, że są niesamowicie ugrzecznieni. Słowo „dziękuję” każdy z nich mówi po kilkadziesiąt razy dziennie, inne grzecznościówki („proszę”, „przepraszam”) też są w ciągłym użyciu. 

Okej, idę spać, bo już 23-ta, a to na tutejsze warunki późno. W górach chodzi się spać wcześnie, za to wcześnie się też wstaje (u nas 6-7 już wszyscy są na nogach). I tak zostaliśmy już tylko w trójkę – Dan, Adam i ja, popijając lokalne wino z ryżu, czyli czang. Przypomina to wyglądem kefir (białe, mętne), w smaku jest lekko kwaskowe. Da się wypić… Co do normalnego piwa to w górach wysokich ogólnie odstawiam alkohol, ale inna sprawa, że smakuje ono zupełnie inaczej (gorzej) niż na nizinach. Przy okazji –najpopularniejsze tutejsze piwo to oczywiście „Everest”!

 

 

12 kwietnia
II dzień w Namche Bazar (3500 m n.p.m.), wypad do Khumjung  i Khunde 3840 m n.p.m.)
Szpital i szkoła Hillarego, czaszka yeti, spotkanie z inną polską ekipą atakującą Everest i inne atrakcje


Z Polakami którzy też idą na Everest!Ale super dzień wyszedł! Wybrałam się na wycieczkę do Khumjung i Khunde, dwóch wiosek położonych nieco z boku głównego szlaku, a więc dzięki temu mniej „komercyjnych”. Reszta ekipy została na leniuchowanie w Namche, bo to dzień aklimatyzacyjny. Idę tak, idę, a tu nagle słyszę sympatyczne „cześć!”. Okazało się że to Bogdan i Rysiek, GOPR-owcy, którzy też idą na Everest. Oczywiście wiedzieliśmy o sobie, ale że się spotkamy wcześniej niż w bazie, tego nie oczekiwałam! Nie powiem, bardzo się ucieszyłam z tego spotkania, bo będzie z kim pogadać, tym bardziej że chłopcy bardzo fajni, no i okazało się że mamy dużo wspólnych znajomych, właśnie z grona beskidzkich GOPR-owców.


Pierwszym dłuższym przystankiem był „Everest View Hotel”, słynny, bo jego klientów przywozi się z Katmandu samolotem lub helikopterem (blisko hotelu jest lotnisko), tylko po to, aby przespali się jedną noc, rano popatrzyli na Everest, a potem w programie jest już zwykle lot powrotny. Oczywiście goście nie są zaaklimatyzowani, w związku z czym daje im się butle z tlenem, co potem dopisywane jest do i tak wysokiego rachunku (1 dolar za 1 bara tlenu, a w butli jest 400 barów). Jak się dowiedziałam, najczęstszymi  gośćmi są Japończycy, na drugim miejscu Amerykanie.

Pomniczek Hillarego przy szkole w Kumjung.Kolejny przystanek zrobiłam w Khumjung, przy szkole E. Hillarego (rzeczywiście powstałej w efekcie inicjatywy pierwszego zdobywcy Everestu). Dzięki szkole dzieciaki z Khumjung mówią naprawdę niezłym angielskim, ale najważniejsze że jest to szansa na edukację maluchów z wiosek zupełnie odciętych od cywilizacji (przy szkole jest internat).

W Kumjung chciałam zobaczyć też gompę (malutka świątynia), gdzie przechowuje się czaszkę yeti. Przynajmniej tak twierdzą miejscowi, w związku z czym jednego z nich zapytałam jak to z tym yeti. Opowiedział mi, że teraz to nikt ich nie spotyka, ale tak z 30 lat temu, owszem były. Skoro tak to postanowiłam drążyć dalej, robiąc dochodzenie jak to z rzekomymi porwaniami kobiet (niby to yeti je porywa). No to gość, że tak, prawda, i jest nawet w wiosce taka porwana kobieta, chociaż nic się od niej nie dowiem, bo wprawdzie udało jej się od yeti  uciec, ale zwariowała. Myślę sobie – może nie tak do końca zwariowała, zapytałam więc gdzie niby mieszka, no i gonię do tego domu z żółtym dachem. Tyle że po drodze byli jeszcze młodzi chłopcy, a że mówili po angielsku, potraktowałam ich jako uzupełniające źródło informacji. Chłopcy uśmiechnęli się tylko – trochę z pobłażaniem, trochę z politowaniem, po czym podsumowali krótko: „To taki welcome joke” (żart powitalny). Oczywiście Skrzyneczka  ze skalpem yeti.zwariowanej kobiety już nie szukałam, za to poszłam zobaczyć tę przechowywaną w gompie czaszkę. Zamykają ją w metalowej skrzynce, otwieranej „za drobną ofiarą”. Czy czaszka jest faktycznie yeti, byłabym sceptyczna, ale przynajmniej mnisi z gompy mogą zarobić.


Na koniec wybrałam się jeszcze do Khunde, gdzie jest z kolei założony przez Hillarego „szpital”. Tyle szumu wokół tego obiektu jest i było, że wyobrażałam sobie coś większego i lepiej wyposażonego, ale dobre i to. W sumie to jeden parterowy budyneczek z salką zabiegową, porodową, przestarzałym rentgenem i gabinetem usg, a prowadzi to dwóch miejscowych lekarzy mających do pomocy jeszcze 3 osoby. Ciekawa była wywieszona lista, jakie choroby są w tym rejonie najczęstsze. Okazuje się że prawie nie ma chorób serca, gruźlica byłą, ale w dolinie Khumbu dzięki profilaktyce praktycznie jej  już nie ma, za to jest sporo urazów, jak napisano: „spowodowanych przez będące w złym nastroju jaki”, rak żołądka, schizofremia, plus choroba wysokościowa u turystów. W poważnych wypadkach pacjentów transportuje się do Katmandu. W przypadku turystów sprawa jest prosta – z lądowiska stosunkowo blisko szpitala zabiera ich śmigłowiec. Lokalesi mają gorzej – znosi się ich do Lukli, w byle jakich noszach skleconych z drewna (wiem, bo widziałam), albo jak to powiedział pan doktor – w wyplatanym koszu. Oj, coś mało sprawiedliwy ten nasz świat.

 

11 kwietnia
Phakding (2610 m) do Namche Bazar (3500 m n.p.m.)

Jaki, mosty i Szerpowie

Dziś mieliśmy całkiem długi dzień (mowa o trekkingu) – wyszło 7 godzin! Fakt, wlekliśmy się strasznie (przynajmniej ta część grupy z którą ja szłam), bo to albo zdjęcia (trudno nie robić zdjęć jak są takie widoki i niesamowite wiszące mosty), albo ktoś zdejmował polar, albo go zakładał…

Jkai zawsze mają pierszeństwo przed trekerami. Poza tym ciągle musieliśmy zwyczajowo ustępować drogi "jakom".  Mówiąc „jaki” mam na myśli ogólnie zwierzęta używane tutaj do transportu bagażu, bo tak naprawdę miejscowi wyróżniają wśród nich kilka odrębnych podrodzajów. Właściwe jaki są dopiero od Namche Bazar, czyli od 3500 metrów w górę (miejsce gdzie jesteśmy jest na 2780 m). Niżej jest dla nich za gorąco – padają z przegrzania, tak więc to co rogate chodzi niżej jest miksem jaka i krowy, a nazywa się – dźopio (zapis fonetyczny) – przy czym jeśli to samiec to jest to: kjeti, a jeśli samica - kjeta. No ale żeby było jasne co i jak, na blogu będę trzymać się nazwy „jak” na całej trasie. Przy okazji: jak to tak naprawdę określenie samca wysokogórskiego zwierzaka przypominającego owłosioną krowę, samica to z kolei nak.

Mieliśmy też dziś jeszcze dwie przerwy „kawiarniane” – jedna wyszła spontanicznie jeszcze w dolinie, gdzie zafundowaliśmy sobie po herbatce z mlekiem i imbirem, a ja z Danem jeszcze szerpowskie piwo robione z prosa, druga wypadła już prawie na mecie, w Namche, kiedy mijaliśmy kawiarnio-ciastkarnię, no i  nie dało się nie skusić. Namche to całkiem spore miasteczko, bo są tu nawet pubo-kluby, no i mnóstwo hoteli i sklepów turystycznych, za to  mówiąc o „kawiarni” po drodze mam na myśli kilka prostych stołów przy domach Szerpów.

Namche Bazar - stolica Szerpów.nna sprawa że ze względu na aklimatyzację nie ma co się spieszyć. Kto pójdzie za szybko, potem ma problemy. Przy aklimatyzacji wszystko ma być: kole-kole, co w języku Szerpów znaczy „powoli, powoli”. Co do innych podstawowych słówek to wiem jeszcze że „taszi delek” to szerpowskie „dzień dobry”, a „tuće” – „dziękuję”.

Tak na marginesie to dziś była pierwsza szansa na zobaczenie Everestu, odległego jeszcze o jakieś 30 km. „Szansa” bo ze względu na chmury oczywiście go nie zobaczyliśmy. Za to zafascynowali nas Szerpowie niosący materiały na jakąś budowę. Jeden z nich niósł dechy i jakieś chyba krokwie ważące ponoć 125 kg. Pytałam ile mu płacą za taką morderczą pracę. Wyszło na to że z Lukli do Namche (dla turystów dwa dni drogi) – po 100 rupii za kilogram.

 

 

10 kwietnia, wieczorem
w Phakding (wymowa Szerpów: pakding, wymowa Amerykanów: fak- ding  :)) – 2610 m n.p.m.
Pierwszy wieczór w górach


Fajnie – przed chwilą dostałam smsa od Ani Czerwińskiej (mowa o jednej z najsłynniejszych polskich himalaistek), że dzisiaj będzie w moim hotelu w Katmandu żeby pogadać :). Szkoda żeśmy się tak minęły!


Z moimi everestowymi kolegami.Dzisiaj mieliśmy tylko dwie godziny trekkingu, więc wszyscy w świetnej formie i dobrych humorach. Udało nam się zdążyć przed deszczem, chociaż jaki z bagażami już się na deszcz załapały (nic nie przemokło, bo torby nieprzemakalne, ale ubłocone za to jak diabli). Inna sprawa że tak naprawdę to mamy  nasz bagaż tylko po części, ja np. znowu nie mam jednej torby. Problem w tym że nasz samolot był na tyle pełny, że nie wszystko się zmieściło i potem było upychane do innych lotów. Tyle że po 11.30 pogoda znowu się zepsuła i już żaden samolot nie poleciał. W najgorszym razie nasze torby zobaczymy już w bazie. W podobnej jak ja sytuacji (niekompletnego bagażu) jest większość z nas – Scott z którym teraz mieszkam, też nie ma drugiej torby, tak więc umówiliśmy się że wymieniamy się tym co mamy (no, może poza bielizną).

Z obserwacji z dzisiejszej drogi muszę powiedzieć, że bardzo się tutejsze Himalaje zmieniają. Pierwszy raz byłam tu 15 lat temu i widać ogromną różnicę. Przede wszystkim w domach – nie są to już byle jakie chałupy z drewna czy kamieni, tylko solidnie zbudowane konstrukcje. Poza tym ilość hotelików i knajpek, nie mówiąc o tym Starbuck`sie w Lukli, co dowodzi że nawet Himalaje się „globalizują”. Czego jak czego, ale amerykańskiej sieci kawiarni w tutejszych górach teraz jeszcze się nie spodziewałam.


Młody Szerpa.No i Szerpowie jako tacy…   Często o tragarzach na szlaku mówi się „szerpowie”, a tymczasem w rzeczywistości nie są to wcale Szerpowie (bo Szerpowie to grupa etniczna), tylko ludzie z innych plemion, traktowani przez Szerpów jako tania siła robocza. Szerpowie owszem, wciąż jeszcze noszą bagaże, ale już raczej tylko wysoko w górach, jako tzw. tragarze wysokościowi, za co zresztą słono im się płaci. Poza tym zakładają liny poręczowe, no i są przewodnikami (czyli wykonują bardzo odpowiedzialne prace, wymagającego myślenia). Wielu z nich jak się dorobi przenosi się do Katmandu, wielu też wyjeżdża za granicę. Kiedyś już usłyszałam: „jak chcesz pogadać z prawdziwym Szerpą, to jedź do USA”.


Z ciekawostek po drodze, to dowiedziałam się że w tutejszych lasach żyją czerwone pandy (nie te miśkowate, tylko rude, lisopodobne, także z listy zwierząt zagrożonych wyginięciem)! Oczywiście żadna nie wyszła na nasze spotkanie…  A tak w ogóle to teraz w Himalajach jest pięknie, bo kwitną rododendrony. I nie są to tylko krzaki, takie jak w Europie, ale wielkie drzewa, tworzące rododendronowe lasy. Wygląda to pięknie – obsypane różowym kwieciem o różnych odcieniach (według wersji Dana występuje tu 7 gatunków rododendronów).


A co do rozmów z Danem to jakiś naukowiec powiedział mu, że w związku z globanym ociepleniem, rozszerzył się zasięg występowania kotów dżunglowych, które zgodnie z nazwą występują raczej na niżej położonych terenach. Teraz można jakoby można je spotkać całkiem wysoko. To mi wyjaśnia zagadkę tropów, jakie kiedyś widziałam wysoko w górach na wysokości ok. 4500 metrów, koło wioski Periche. Według naszego przewodnika nepalskiego (ale nie Szerpy) były to tropy śnieżnej pantery, ale coś mi nie pasowało, bo według mnie było to zbyt blisko szlaku i wioski. Teraz rozumiem, że pewnie był to ten dżunglowy kot…

Co do naszych już ogólnogrupowych rozmów, to część drogi zajęła nam dyskusja na temat „Korony Ziemi”. Okazuje się że poza nami, Polakami, inne nacje nie stosują tej nazwy, tylko mówią „7 Summits” („Siedem Szczytów” – w domyśle – siedem najwyższych szczytów siedmiu kontynentów). Co ciekawe, zdaje się że chyba tylko mamy w tym zaliczaniu owych gór 9 gór, bo w Europie w ramach Korony Ziemi zalicza się i Mt Blanc i Elbrus (u innych – tylko Elbrus), a w Australii z Oceanią Polacy robią zarówno Górę Kościuszki w Australii, jak i Piramidę Carstenza na Papui (gdzie indziej jest albo Piramida, albo do wyboru – Piramida lub łatwiutka Mt Kosciuszko). Coś mam wrażenie że lubimy sobie utrudniać :).  I tak na marginesie inni nie kojarzą też pojęcia „Korona Himalajów” – ogólnoświatowa nazwa to „14 ośmiotysięczników”.


Restauracja dla jakówZ innych rozmów „górskich” Slavo opowiadał wrażenia z ubiegłorocznej wyprawy na Dhalagiri. Nikt nie zdobył wtedy góry, ze względu na pogodę, ale kilka zespołów próbowało. Był wśród nich słynny hiszpański wspinacz, Carlos… , zdobywca Korony Himalajów, który teraz ponownie wchodzi na zaliczone już przez siebie ośmiotysięczniki, chcąc być na niektórych przynajmniej najstarszą osobą. Dyskusyjny jest jednak styl w jakim to robi, na co pozwala mu praktycznie nielimitowany budżet sponsorów. No więc na Dalaghiri Carlos miał sprzęt dostarczony 7 śmigłowcami (inne ekipy muszą zdać się na karawanę z jakami), a jego ekipa liczyła jakąś ogromną liczbę Szerpów, prywatnego lekarza, dziennikarza i nawet fotografa. W akcji górskiej Carlosowi towarzyszyło 6 Szerpów, którzy nieśli za niego (według relacji Slavo nawet śpiwór i butelki z płynami). Przy takim systemie wchodzenia ośmiotysięczniki może zdobyć większość z nas (mowa o tych którzy już się wspinają, ale mają ograniczone możliwości choćby ze względu na kasę).

Teraz już jesteśmy po kolacji – nasz wyprawowy kucharz ugotował pyszną zupę grzybową, do tego dal (narodowa potrawa nepalska – soczewica w postaci sosu i do tego ryż, jakieś warzywka, a na deser banany w cieście naleśnikowym. Dziś warunki mieszkaniowe mamy super, bo  mieszkamy w lodge`u, czyli mamy dwuosobowe pokoje o standardzie schroniska plus toaletę na końcu korytarza. Jutro już jednak będą namioty. Mam nadzieję że nie złapię żadnych pluskw, tak jak stało się to na trekkingu 2 lata temu. Nie dość że mnie złośliwa bestia pogryzła, to jeszcze wlazła do śpiwora (no bo ciepło) i jako pasażerka na gapę gnębiła mnie jeszcze przez kolejne 3 noce. Pozbyłam się jej dopiero kiedy wkurzona takim towarzystwem wytrzepałam solidnie śpiwór, zapewne skazując ją na śmierć z wychłodzenia (bo to już było na 4 tys. metrów).


Przy kamieniu zapisanym mantrą.No nic, bądźmy dobrej myśli, tym bardziej że pora do śpiworów… W międzyczasie miałam dyskusję ze Scottem na temat strategii tlenowej przy ataku na szczyt Everestu – od kiedy używać, w jakiej przepustowości (bo można sobie ustawić różne warianty czy wolimy więcej tlenu na krócej czy wolny przepływ, na dłużej) i czy samemu te butle nosić (każda po 4 kg) czy zrzucić się na Szerpę który by to wyniósł i zrobił tzw. depozyt po drodze. Oczywiście nic konkretnego nie ustaliliśmy, bo do rozmowy trzeba będzie wrócić, jak zobaczymy na ile dobrze jesteśmy zaaklimatyzowani. Ale to właśnie w górach jest fajne – szybko zapomina się o tym co na dole (polityka, praca zawodowa , różne newsy ze świata), ważne jest to co wokół nas, czyli pogoda, strategia "szczytowania", inni ludzie, których tu spotykamy.


A tak swoją drogą to ze Scottem akurat dobrze mi się rozmawia, bo jego nowojorski akcent jest  w miarę dobrze przeze mnie zrozumiały. Najgorzej jest z Chrisem z Alaski – muszę go prosić po trzy razy żeby mówił wolno i bez slangu. Dobrze że idzie z nami ekipa na Lhotse, czyli m.in. Wiola, z którą mogę pogadać po polsku (tym bardziej że to bardzo fajna dziewczyna).



10 kwietnia, około południa
w Lukli (2840 m n.p.m.)
Hurra! Udało się wylecieć z Katmandu!


Lotnisko w Lukli.Jesteśmy w Lukli! My, bo jeszcze czekamy na nasze bagaże, które dolecą jakimś kolejnym lotem. Potem jeszcze trzeba będzie przypilnować załadowania betów na jaki, no i możemy ruszać. Fajnie, że udało się wylecieć. Rano, gdy przed 6-tą byliśmy na lotnisku, loty były wstrzymane. No ale ok. 8-mej na lotnisku wypełnionym trekerami/wspinaczami gruchnęła radosna wieść, że pogoda w Lukli się poprawiła. Kwadrans później już siedzieliśmy w trzęsącej się, mocno już zweteranionej maszynie i lecieliśmy w stronę wielkich gór. Ponieważ siedziałam naszego najbardziej doświadczonego Szerpy, dowiedziałam się przy okazji żę przelatujemy nad jego rodzinną wioską.

 

Nareszcie inny świat. Siedzimy sobie ze Scottem (jeden z Amerykanów z naszej ekipy) w lokalnej knajpce (bo reszta poszła do Starbuck`sa, no ale nie przyleciałam tutaj po to by przesiadywać w knajpach amerykańskiej sieci) i ciesząc się z przygrzewającego mocno słoneczka, gapimy się na ośnieżone szczyty. Tu i tak nieduże – mają jakieś 4-5 tys. metrów. Te naprawdę wysokie będą dopiero za kilka dni.


Teraz już w Lukli ląduje samolot za samolotem. Na głównej (praktycznie jedynej) uliczce wioski ruch jak na Marszałkowskiej. Zaskoczeniem jest dla mnie całkiem spora liczba Rosjan! Dominują jednak nacje anglojęzyczne, zresztą nasza ekipa tego przykładem. Ale ogólnie jest dużo mniej ludzi, niż pamiętam z trekkingów październikowo-listopadowych. I chyba nie tylko przyczyną jest pora roku i pogoda  (te odwołane loty) tylko ogólny kryzys w turystyce – nawet miejscowi właściciele knajp i hoteli mówią że tak jest.

 

 
Dolot i pierwsze dni w Katmandu

Więcej
 
Przygotowania do wyprawy

 

Więcej